Tury w Dolinie Dzikiej.. * Dolina Jałowiecka - na skiturach... * Granią Tatr Zachodnich... * Panie, tam huuuuragan...

Panie, tam huuuuragan!!!

Będzie truizmem, kiedy powiem, że Tatry potrafią być niebezpieczne. Każdy słysząc te słowa kiwa zgodnie głową, ale dopiero po przeżyciu przynajmniej jednej takiej historii, kiedy kostucha z kosą czeka obok, tupiąc niecierpliwie nogą, człowiek zdaje sobie sprawę z tego, co się może wydarzyć w górach. Jaka jest wąska granica między spokojną, radosną wycieczką, a walką o życie w warunakach jakie znamy jedynie z filmów sensacyjnych. Opisane poniżej zdarzenie nauczyło mnie pokory i szacunku do majestatu gór.............

Był słoneczny wrzesień 1985 r., udało mi się wyrwać w Tatry na 2 tygodnie. Po raz pierwszy w życiu miałem okazję, poznać dokładniej góry, które znałem do tej pory jedynie z opowiadań. Pierwszy tydzień spędziłem w Tatrach Wysokich z kolegą, który uczył mnie podstawowych zasad obowiązujących w górach. Po jego wyjeździe, zaliczyłem jeszcze kilka tras w okolicach Doliny 5 Stawów, wraz z Orlą Percią i ruszyłem w Tatry Zachodnie. 29 września zmieniłem miejsce zakwaterowania z 5 Stawów na Ornak. Tam zamierzałem spędzić jeden dzień i wrócić w Tatry Wysokie.
Zakładana trasa moja miała prowadzić z Ornaku do Kir, potem drogą do wylotu Dol. Chochołowskiej, dalej dnem doliny do schroniska na Polanie Chochołowskiej, potem żółtym szlakiem na Grzesia i niebieskim granią przez Rakoń na Wołowiec. Stamtąd czerwonym na wschód przez Łopatę, Jarząbczy, Kończysty, Starorobociański aż do Przełęczy Raczkowej. Tam powinienem skręcić w lewo na Siwą Przełęcz i granią Ornaku dojść do Przełęczy Iwaniackiej i potem żółtym dotrzeć do schroniska na Hali Ornak.
Trasę tą, tak jak w Tatrach Wysokich, opracowałem dokładnie na podstawie map i przewodnika. W linii prostej liczyła ona ok. 38 km i przewodnik przewidywał ok 18 godzin. Ponieważ w Tatrach Wysokich każdy czas przewodnikowy skracałem minimum o połowę, więc zakładałem na całą trasę ok. 8 do 9 godzin.

Na drugi dzień o godzinie 9.00 wyruszyłem z Ornaku, zgodnie z planem miałem wrócić ok. 18.00 i wszystko by się udało, gdyby nie pewien szczegół o którym nie mogłem mieć wtedy pojęcia......

Pogoda była nieszczególna; gęsta powłoka chmur spowijała góry od wysokości 1800 m n.p.m.; na szczęście nie padało. Na drodze z Ornaku do Kir spotkałem dwie dziewczyny, które poznałem wcześniej w Pięciu Stawach. Zamierzały nocować na Ornaku, więc powiedziałem im o mojej trasie i planowanym czasie powrotu. W Kirach byłem zgodnie z "rozkładem" ok. 50 min. później. Tam, w jedynym wtedy sklepie chciałem kupić baterie do latarki (rozlały mi się parę dni temu) i chleb. Ten skończył mi się parę dni temu i nie chcąc tracić całego dnia na zejście do Zakopanego żywiłem się skamieliną z Pięciu Stawów sprzed co najmniej miesiąca.
W Kirach okazało się, że sklep "dnia 30 września był nieczynny z powodu urlopu". Pozostało mi tylko pogodzić, że jeszcze przez jakiś czas będę musiał piłować stary pięciostawiański bochen. Nie kupiłem też baterii, ale w górach robiło się ciemno ok. 18.00 więc powinienem zdążyć...

Ruszyłem dalej w drogę, Dol. Chochołowska, schronisko na Polanie Chochołowskiej (mapa 3), wszystko szło jak po sznurku. Pogoda pozostawała dalej bez zmian, więc w górach ludzi nie było wcale. Wskoczyłem na żółty szlak na Grzesia, po pół godzinie zanurzyłem się białym mleku mgieł. Na odcinku z Grzesia spotkałem dwóch goprowców wracających z Wołowca. Oni w grubych kurtkach i czapkach, ja nadal w koszulce i rozpiętym dresiku. Było mi ciepło, bo starałem się utrzymać dobre tempo na podejściu. Jednak im wyżej wychodziłem tym mocniej wiało; na Rakoniu przewiewało mnie już na wylot. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co mnie czekało wyżej.....

Na stromym podejściu na Wołowiec było tak zimno, że musiałem już założyć grubą kurtkę ortalionową. Kawałek dalej spotkałem, jak się okazało później, jedynego turystę tego dnia. Wracał z Wołowca, gruba kurtka, kaptur zaciśnięty na głowie, rękawiczki, wyglądał jak z innej strefy klimatycznej. Kiedy dowiedział się, dokąd zamierzam dojść, jego oczy zwiększyły się do rozmiarów pokaźnych spodków i wykrztusił "Panie !!! Niech pan tam nie idzie, tam huuuragan !!!" Spojrzałem na niego z niedowierzaniem; wiało to prawda, ale żeby aż tak..... Uspokoiłem go kiedy powiedziałem, że jak sobie nie dam rady na pewno zawrócę.
Od połowy podejścia na Wołowiec północny wiatr zaczął się wzmagać do potężnej wichury. Na tym odcinku wiał mi w plecy więc na szczyt niemal wbiegłem. Na samym wierzchołku widoczność sięgała kilku metrów, a przy porywach wiatru ciężko było ustać. Ten wystraszony "Robin Hood" z dużymi oczami miał rację, tu naprawdę była wichura. Temperatura spadła do ok. 0 st. Musiałem się cieplej ubrać; założyłem spodnie ortalionowe, czapkę i rękawiczki. Wtedy nawet do głowy mi nie przyszło co mnie jeszcze czeka...

Zejście granią z Wołowca było jednym koszmarem; dmuchało straszliwie z boku; wiatr spychał ze ścieżki; musiałem iść skurczony w półprzysiadzie, bo wiatr był za silny, żeby poruszać się w pozycji wyprostowanej.
W okolicach Dziurawej Przełęczy wichura dopiero pokazała na co ją stać. Rozpędzone do ogromnych prędkości masy powietrza w dyszy jaką tworzył jeden z wąskich żlebów, zrzuciły mnie ze szlaku. Zjechałem parę metrów po trawiastym zboczu po słowackiej stronie. Wyczołgałem się z powrotem na grań i szarpany wichrem podążyłem dalej, kuląc się co jakiś czas kiedy nie dało się już iść. Ponieważ była gęsta mgła, musiałem się ściśle trzymać szlaku czerwonego. Tym, szlakiem miałem dojść do jego końca na Przełęczy Raczkowej i tam miałem skręcić w lewo w szlak zielony na grań Ornaku. Ponieważ po drodze odchodził w lewo jeszcze jeden szlak zielony z Kończystego Wierchu, stwierdziłem, że we mgle najbezpieczniej będzie dotrzeć szlakiem czerwonym do jego końca, potem dopiero szukać szlaku zielonego.

Po paru godzinach przechodząc kolejne szczyty i przełęcze (mapa 4) dotarłem miotany wiatrem do miejsca, gdzie grań rozwidlała się na dwie równoległe grzędy z kilkumetrowym rowem pomiędzy nimi. Jak się później okazało był to rów grzbietowy w rejonie Kończystego Wierchu. Wiatr wyprawiał tam prawdziwe cuda, wirując i szkwaląc z każdej strony. Po przejściu kilku metrów opierając się na "dującej" z lewej strony poduszce powietrznej, dostawałem nagle podmuch z prawej strony i przewracałem się jak bezsilny mały chłopiec. Umorusany w mokrej ziemi zszedłem w końcu parę metrów na zawietrzną część grani i tu zrobiłem pierwszy postój.
Przemoczony dokładnie od wciskanej wiatrem gęstej mgły, miałem zgrabiałe ręce i nie byłem w stanie otworzyć zamka plecaka. Po zdjęciu rękawic okazało się, że przemarznięte ręce są całkowicie bez czucia. Przez 15 minut reanimowałem je intensywnie rozcierając i klaskając. W końcu zaróżowiły się i zaczęły strasznie boleć. Jednak pełne czucie w palcach odzyskałem dopiero kilka dni później. Był to ostatni moment przed poważniejszymi odmrożeniami. Po szybkim posiłku wdrapałem się znowu na grań i zaczęło się podchodzenie na kolejny szczyt - Starorobociański Wierch, ale wtedy nie miałem o tym pojęcia. Trawy na stoku pokryte były szronem, więc musiało być poniżej zera. Na szczycie szlak skręcił ostro w lewo i zaczęło się zejście.....

Na tym odcinku szlak biegnie na północny wschód, więc przy wietrze północnym schodziłem niemal pod wiatr. Nigdy wcześniej nie musiałem poruszać się po szlaku zejściowym na czworaka. Wtedy nie było innego sposobu, żeby przezwyciężyć huraganowe parcie wichury. Po zejściu na przełęcz ścieżka rozwidliła się na dwa równoległe pasma, a szlak czerwony biegł dalej. Zaczęło się kolejne podejście i kolejną godzina żmudnej walki z szarpiącym wiatrem. W pewnym momencie do mojego szlaku dołączył się z prawej strony szlak niebieski.Tak więc prowadziła mnie teraz ścieżka oznaczona dwoma kolorami, jednak kawałek dalej czerwony szlak gdzieś zniknął, a mnie pozostał tylko szlak niebieski.Trochę mnie to zdziwiło, bo po drodze nie miało być w ogóle takiego koloru szlaku. Wyciągnąłem mapę. Samo rozkładanie przy takim wietrze było niezłą sztuką. Oczywiście, szlaki niebieskie były na mapie znacznie dalej, w okolicach Bystrej i Przełęczy Pyszniańskiej. Ale tam zgodnie z mapą szlak czerwony nie dochodził.
Podążałem jeszcze parę minut szlakiem niebieskim, po czym przypomniałem sobie słowa kolegi, starego górskiego wygi: "Kiedy nie widzisz szlaku po którym masz iść, wróć się do miejsca gdzie widziałeś go po raz ostatni". Zacząłem więc wracać wytężając wzrok w gęstej mgle. Po paru minutach zauważyłem na skale namalowany ostry skręt szlaku czerwonego, miejsce, które przeoczyłem kilkanaście minut wcześniej. Wszystko to wydawało mi się jakieś dziwne. W takiej sytuacji dobrze jest zapytać jakiegoś turystę o drogę, jednak tego dnia szlak był opustoszały. Ruszyłem dalej ostrym tempem. Co jakiś czas wydawało mi się, że kogoś widzę w mgłach, serce zaczynało wtedy raźniej bić. Potem okazywało się, że była to następna samotna skała i znów rozczarowanie. Kiedy biegłem w dół po głowie kołatały mi dwie myśli: żeby zobaczyć wreszcie na skale czerwone kółko z białą obwiednią, oznaczające koniec szlaku czerwonego lub spotkać jakąś pomocną duszę. I.... w pewnym momencie z mgieł wyłoniła się jakaś poruszająca się sylwetka, potem druga trzecia, czwarta..... No cóż to było tylko stadko kozic rozpierzchające się na boki.

W końcu po zejściu na przełęcz z mgieł wyłoniła się skałka z upragnionym znakiem - tak dotarłem do końca szlaku czerwonego. Byłem już zniecierpliwiony, bo zaczęło się już zmierzchać, a bez latarki w górach, to raczej kiepska perspektywa. Nie wiedziałem wtedy, że najgorsze jeszcze przede mną........

Kiedy pierwsza euforia minęła zacząłem szukać zielonego szlaku schodzącego na stronę polską na grań Ornaku. Okazało się, że jest drogowskaz na Słowację, dokąd prowadził szlak niebieski i drugi wskazujący kierunek z którego przyszedłem ...... "Volovec 6h". Na Wołowcu byłem jakieś 2 -2,5 godziny wcześniej więc te 6 godzin wydawało mi się przesadą. Pomyślałem: "gdzie ja wylądowałem, może na Słowacji?" Nie byłem już pewien dokąd mnie ten szlak czerwony mógł zaprowadzić !!!

Przez moment pomyślałem, żeby wrócić do tego Wołowca, ale bez latarki 6 godzin na grani, znowu w tym huraganowym wietrze. To nie wchodziło w grę...

Ogarnęło mnie przerażenie: nadchodząca noc, ludzie niecierpliwie czekający w schronisku, brak oświetlenia, wichura....

Wiedziałem, że 3 h zejście szlakiem niebieskim do jakiejś słowackiej Pribyliny, której nie miałem nawet na mojej mapie, wiązało się z problemami ze strażą graniczną, przesłuchaniami, z możliwym zakazem wjazdu na Słowację, itd.
Poza tym nie chciałem, żeby przeze mnie gorpowcy (wtedy był w Tatrach jeszcze GOPR) musieli łazic po nocy, szukając przysłowiowej igły w stogu siana.

Kręcąc się tak po przełęczy, zauważyłem cienką ścieżynkę schodzącą na stronę, gdzie powinien prowadzić szlak zielony. Przemarznięty i przewiany na wylot zdecydowałem się zostawić szlak i zejść w dół doliny, w poszukiwaniu jakichkolwiek siedzib ludzkich: słowackich, czy polskich, wyrwać się z tego wietrznego piekła...

Po 10 minutach marszu znalazłem się w spokojnej dolinie, przestało wreszcie wiać, mgła się znacznie rozrzedziła. W końcu wydostałem się z mlecznego świata. Ujrzałem po mojej lewej stronie porośniętą gęstą kosodrzewiną grań, której górna część gdzieś tonęła w chmurach. Podążając dalej w dół doliny obserwowałem jak się ściemnia i przerażała mnie myśl, że za pół godziny znajdę się środku lasu poza szlakiem, wśród hasających niedźwiedzi i brykających jeleni. Był to okres rykowiska, więc z lasu dobywał się to z lewej, to z prawej groźny pomruk tych rogatych mieszkańców Tatr. Postanowiłem więc jeszcze za dnia pozostawić wątpliwą ścieżkę i ruszyłem w lewo przez wysokie trawy i kępy kosodrzewiny do góry na grań. Wydawało mi się, że tam w mgłach może być grań Ornaku wraz z wymarzonym zielonym szlakiem. Po wspięciu się na szczyt grani okazało się, że dalej jest jeszcze jedna, wyższa. Toczyłem walkę z kołyszącymi się głazami ukrytymi w trawie, forsowałem obszary kosówki, pnąc się powoli w górę. W końcu dotarłem na szczyt, w każdym razie tak mi się wydawało......... bo okazało się, że dalej jest jeszcze jedno kamieniste zbocze zanurzające się w strefę chmur. Kiedy wokół mnie zaczęło się robić szaro zrozumiałem, że jeżeli w tym miejscu zastanie mnie noc, to będę musiał tu nocować. Zdecydowałem się nie wchodzić w chmury i z piargów zacząłem ostro schodzić w dół w poszukiwaniu pozostawionej niedawno ścieżki. Jak się okazało później byłem w okolicach Siwych Sadów i zawróciłem jakieś 50 m od zbawiennego szlaku.........

Dalsza część marszu była jednym horrorem. Brnąc na przełaj, spiesząc się przed całkowitymi ciemnościami do ścieżynki trafiłem na kępy kosodrzewiny porastające strome zbocza. Rozgarniałem ze złością gałęzie szukając przejścia, potykając się co chwilę. W pewnym momencie zaczepiłem nogą o jakąś większą gałąź, ciało poleciało do przodu. Poszybowałem w dół stomego stoku długim szczupakiem, zrobiłem niemal pełne salto i spadłem na plecy na miękkie gałęzie kosówki. Plecak dodatkowo zamortyzował upadek. Kiedy usiadłem zdałem sobie sprawę, że wystarczyła w tym miejscu niewielka skałka, żeby ten lot zakończył się znacznie gorzej....

W tym momencie uświadomiłem sobie, że w ten sposób daleko nie zajdę, że muszę opanować nerwy i zaleźć jakiś sposób, żeby z tej sytuacji wyjść. Ponieważ było już tak ciemno, że widziałem jedynie kontury kęp kosodrzewiny stwierdziłem, że po w takich warunkach nie ma szans znaleźć ścieżki wijącej się gdzieś między trawami. Moim jedynym marzeniem było dotarcie do siedzib ludzkich. Pomyślałem, że jedynym drogowskazem w ciemnościach może być... strumyk. Płynąc w na dnie niemal każdego żlebu łączy się później z innym strumykiem, wpada potem do potoku, który na pewno sprowadzi mnie na dno doliny, gdzie muszą być jakieś wsie i osiedla. Ruszyłem więc w poszukiwaniu jakiegoś żlebu. Po paru minutach schodzenia w dół pierwszego napotkanego usłyszałem po nogami charakterystyczne mlaskanie. Potem ciche ciurczenie małej strużki wody i nie zastanawiając się długo wszedłem w niego obiema nogami. Języki lodowatej wody rozlały się po butach. Idąc w dół korytem coraz szerszego strumienia zbliżałem się do górnej granicy lasu, mijałem ciemne sylwetki małych świerczków. Wiedziałem, że znajduję się dopiero na wysokości około 1500 m, a pierwsze zabudowania znajdują się z reguły od 1000 - 1100 m.

Zbliżając się powoli do ciemnej ściany lasu słyszałem coraz wyraźniej ryki dochodzące z dołu. Były to prawdopodobnie jelenie, ale wtedy nie byłem pewien, czy nie znajdzie się tam jakiś niedźwiedź. Szans ucieczki w ciemnościach nie miałem żadnych.

Po parunastu minutach ogarnęła mnie całkowita czerń, jedynie nad głową widać było wąski paseczek jaśniejszego nieba, ciągnącego się wzdłuż potoczku. On sam zaś robił się coraz bardziej obfity, szemrząc coraz to śmielszymi wodospadzikami. Na dnie napotykałem coraz to większe i śliskie głazy. Krok mój stał się niepewny i chwiejny. Lodowata woda dawała się już we znaki. Brnąłem jednak dalej dzielnie środkiem koryta. Wodospady miały już teraz kilkadziesiąt centymetrów wysokości. Niemal za każdym krokiem potykałem się o o jakąś sterczącą skałę, lub ślizgałem się po skalnej powierzchni pokrytych glonem. W końcu w ciemnościach natrafiłem na zwalone w poprzek potoku drzewo. Okazało się, że było ono pierwsze z całej serii. Spotkanie z następnym pniem skończyło się uderzeniem w nie kolanami i upadkiem do przodu. Znalazłem w końcu małą gałązkę, którą wymacywałem czarną czeluść przed sobą. Zmysł wzroku był całkowicie bezużyteczny. Jego brak trzeba było nadrabiać zmysłem dotyku, słuchu, refleksem i wyczuciem równowagi. Zwalone pnie stawały się coraz grubsze, niektóre wisiały tak wysoko, że było mi łatwiej przejść pod nimi niż górą.

Po pewnym czasie natrafiłem na leżącego w poprzek bardzo grubego świerka. Gdzieś tam w dole szumiał kolejny wodospadzik. Zdecydowałem się na pokonanie drzewa górą. Kiedy opuszczałem nogi z drugiej strony pnia szukając stopami jakiejś grubszej gałęzi. Ta na której stanąłem okazała się spróchniała, usłyszałem tylko trzask i poleciałem w czeluść.......

Spadłem na plecy w sam środek wielkiej misy wodnej.
Okazało się, że drzewo leżało nad krawędzią wodospadu i spadałem z wysokości 2,5 do 3 m. Plecak ze stelażem i głęboka woda nieco zamortyzowały upadek...

Zimna woda wdarła się pod gruba warstwę ubrania. Usiadłem po pachy w lodowatej wodzie, nie mogąc uwierzyć, że nic mi się nie stało. Jeszcze parę godzin takiego treningu i mógłbym pracować w filmach jako kaskader...

Po dalszych dłużących się minutach, kiedy nogi miałem już zdrętwiałe z zimna, zdecydowałem się spróbować wyjść z potoku i podążać lasem. Jednak po przebrnięciu paru metrów w warunkach ciemni fotograficznej nadziałem się twarzą na jakąś gałąź. Trafiła mnie poniżej prawego oka. Powróciłem do starego sprawdzonego "wodnego szlaku" w środku potoku. Czasem opuszczała mnie nadzieja, że z tego wyjdę żywy z tego górskiego piekła i wtedy obiecywałem sobie, że jak tylko uda mi się przeżyć, spakuję natychmiast manele, wyjadę stąd i nigdy nie wrócę....

Zaczęła się 13 godzina mojego marszu w Tatrach Zachodnich. Przy podnoszeniu nóg czułem już w udach stany przedskurczowe. Jednak sił miałem wystarczająco dużo i oceniałem, że dam radę iść do rana.

Przychodziła mi czasem do głowy możliwość przekimania do rana w jakichś krzakach; w dolinie nie było mrozu, więc nie obawaiłem się, że mógłbym się rano nie obudzić. Nie chciałem jednak zmuszać goprowców do nocnego szwendania się po szlakach. Pomysł przeczekania do rana całkowicie odrzuciłem, gdy parę razy w głębi lasu, w odległości parudziesięciu metrów usłyszałem głośne porykiwanie. Na pogawędki z niedźwiedziem nie miałem za bardzo ochoty.
Posuwałem się dalej na przód i po kolejnym kryzysie "drętwych nóg" wydostałem się po raz drugi z potoku, by spróbować szczęścia w lesie. Tym razem niska gęstwina leśna ustąpiła miejsca wysokopiennym świerkom i mogłem powolutku kroczyć wzdłuż potoku. Tu musiałem wypracować nową technikę poruszania się. Ręka z patykiem wyciągnięta daleko do przodu, druga chroniła twarz przed natarczywymi gałęziami, kroki robiłem wolne, wyszukując wcześniej miejsca do postawienia stopy. Oddalałem się powoli od potoku. Jego szum niknął gdzieś z tyłu. W końcu zapadła głęboka cisza, czasami przerywana porykiwaniem jeleni.

Kiedy przebijałem się przez krzaki i zarośla trafiłem w końcu na teren równy i łatwy. Mogłem przyspieszyć kroku, jednak po pewnym czasie znów znalazłem się w łapiącej za stopy plątaninie gałązek. Przemknęła mi przez głowę myśl, że mogła to być leśna ścieżka. Ale skąd tu w środku takiej puszczy ścieżka....?

W końcu udało mi się natrafić na równie łatwy odcinek. Tym razem zbadałem na wyczucie stopami jej szerokość; tak to była z cała pewnością wąziutka ścieżynka. Po raz pierwszy pojawiła się iskierka nadziei, że uda mi się z tego wyjść cało.....

Szedłem teraz raźno, czasem gubiąc ścieżkę. Wracałem wtedy do miejsca, gdzie czułem ją pod stopami po raz ostatni. Okazało się wtedy, że podeszwy w butach, odkleiły się na połowie długości. Obuwie to świetnie się sprawdzało w Tatrach Wysokich na suchej skale. Jednak po paru godzinach w potoku nie wytrzymało. Szedłem teraz raz na skarpetce raz na podeszwie....

Po kilku kolejnych minutach wyszedłem na jakąś polanę. Zrobiło się troszeczkę jaśniej. Kawałek dalej była kolejna polana i znowu las. Nagle pośród gałęzi coś błysnęło. Myślałem, że mi się tylko wydawało....

Nagle las się znów skończył i kiedy podniosłem głowę zobaczyłem w odległości 200-300 m jaskrawe światło. Było tak mocne, że musiałem zmrużyć oczy.....

To była jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Rzuciłem się biegiem do przodu na przełaj, światło nadal mnie oślepiało, przez załzawione oczy zacząłem dostrzegać oświetlone pomieszczenia dużego budynku. Układ okien coś mi przypominał...... "zaraz czy to nie jest sala jadalna, na parterze, dalej w prawo recepcja, na pierwszym piętrze pokoje?" Tak, tak to było schronisko na Ornaku.

Przeskoczyłem jeszcze przez ogrodzenie na Polanie Ornaczańskiej i pognałem co sił do schroniska. W świetle przy drzwiach wejściowych spojrzałem na swoje ubranie. Podarty ortalion, ubłocone spodnie, z odklejonych podeszw sterczały wąsy traw. Otrzepałem się z grubsza, poprawiłem czapkę i wszedłem do środka z poważną miną. Na schodach spotkałem młodą dziewczynę. Na mój widok zaczęła chichotać. Chyba musiałem wyglądać jak po miesięcznej tułaczce w tajdze syberyjskiej.

Okazało się, że goprowcy już zakładali buty, kiedy zszedłem na dół powiedzieć, że wróciłem cały i zdrowy. To czego się wtedy nasłuchałem od nich pod moim adresem nie przytoczę tutaj. W każdym razie byli trochę zdenerwowani....



Miesiąc później zdobyłem szczegółową mapę wojskową całych Tatr w skali 1:10 000. Odtworzyłem dokładnie drogę, którą przeszedłem. Okazało się, że na wszystkich mapach turystycznych dostępnych w sprzedaży był błąd. Mapy te pokazywały, że czerwony szlak biegnący z Wołowca kończy się na Przełęczy Raczkowej (dzisiejsze mapy nazwywają ją Gaborowa Przełęcz). Tam dochodząc do jego końca miałem skręcić w lewo w szlak zielony. Mapa wojskowa pokazała jak było na prawdę; szlak czerwony nie kończył się na tej przełęczy, tylko biegł dalej wchodząc na Błyszcz, gdzie łączył się ze szlakiem niebieskim prowadzącym na Bystrą. Ze szczytu Błyszcza szlak czerwony schodził na Przełęcz Pyszniańską i tam się kończył. Więc szukając końca szlaku czerwonego musiałem dotrzeć aż na tą przełęcz. Stamtąd prowadził tylko szlak niebieski na Słowację, a na stronę polską wiodła jedynie wąska ścieżka, która była zaznaczona na mapie wojskowej. Jak dowiedziałem się później była ona wykorzystywana niegdyś przez przemytników i kłusowników. Ścieżka ta prowadziła do Małej Polany Ornaczańskiej i właśnie nią zacząłem moje zejście z przełęczy i na niej zakończyłem dramatyczny dzień pod schroniskiem Ornak. Udało mi się ustalić dla czego mapy były wydawane z takim karygodnym błędem. Z Przełęczy Pyszniańskiej nie ma szlaku na stronę polską, dlatego odcinek od Przełęczy Raczkowej do Przełęczy Pyszniańskiej jest dla Polaków niedostępny. Żeby nikomu z naszych rodaków nie przychodziło do głowy tam pójść, na mapach tego odcinka szlaku po prostu się nie zaznaczało. Podobno często na Przełęczy Raczkowej siedzieli WOPiści i zawracali Polaków, którzy za bardzo rozpędzali się w kierunku Błyszcza. Jednak 30 września 1985 musieli się dogrzewać w jakimś przytulnym schronisku, bo nikogo poza kozicami na tym szlaku nie spotkałem.

Tak więc dzięki kolosalnemu szczęściu i chyba niezłej kondycji fizycznej udało mi się wyjść z tego żywym. Jednak nie wszystkie przygody w górach mają taki szczęśliwy finał, niektórzy pozostają w górach na zawsze.


Copyright © Piotr Budzyna 1999-2013