Archiwum aktualności 2002-2006

Aktualności * Archiwum aktualności, 2007-2010 * Archiwum aktualności 2002-2006

3.12.2006 r. - "Góry" śmieci w górach
W ostatnich dniach udało się wywieźć stertę śmieci, głównie złomu, z Doliny Suchej Kasprowej.
Śmieci te to efekt uboczny działalności Kolei Linowej. Gromadziły się tu od początku istnienia kolejki. Wywieziona obecnie sterta ułożona została w 2001 roku, w trakcie próby posprzątania doliny.
Ilość i rozmiar zanieczyszczeń, jakie wówczas znaleziono przekroczył najśmielsze wyobrażenia. Uznano wówczas, że próba wyniesienia tych śmieci z miejsca pozbawionego nie tylko drogi dojazdowej, ale i w miarę wygodnej ścieżki dojściowej, może okazać się szkodliwa dla przyrody i niebezpieczna dla ludzi. Zadecydowano, że najlepszym rozwiązaniem będzie transport lotniczy. Obowiązek usunięcia śmieci z Doliny Suchej Kasprowej znalazł się wśród prac kompensacyjnych wyznaczonych Polskim Kolejom Linowym sp. z o.o. Zgodnie z decyzją ministra miało być to wykonane jednak dopiero po zakończeniu modernizacji kolejki na Kasprowy Wierch.
Gdy w Tatrach pojawiły się wojskowe śmigłowce, uznano, że skoro ktoś zadecydował, że wojskowi piloci i tak muszą szkolić się w lataniu nad parkiem narodowym, dobrze by było, aby przy okazji wywieźli śmieci. Dzięki temu śmieci będą krócej zanieczyszczać obszar ochrony ścisłej, a w przyszłym roku nad Tatrami będzie mniej hałasu. Śmieci spakowano do 14 specjalnie uszytych worów transportowych o pojemności 1200 litrów i 1 grudnia przetransportowano na Kalatówki, skąd zostały zwiezione samochodem ciężarowym. Na wiosnę, gdy zejdą śniegi, konieczne będzie jednak ponowne sprzątanie Doliny Suchej Kasprowej.

16.11.2006 r. - Niedźwiedzie smsują
Tatrzańska niedźwiedzica co 4 godziny wysyła sms-a z informacją o swoim położeniu. Nie należy sobie jednak wyobrażać dużego, włochatego stwora pochylonego nad swoją "wypasioną" komórką z dzwonkami polifonicznymi, cierpliwie wklikującego cyferki ;). Jest to możliwe dzięki obroży złożonej zwięrzęciu z wmontowanym GPS-em i specjalnym telefonem komórkowym.
Obroże taką dostarczył Parkowi Instytut Ochrony Przyrody PAN, a urządzenia do odbioru i przetwarzania danych podarował Polkomtel S.A. - operator telefonii komórkowej Plus GSM.
Druga obroża czeka na kolejnego niedźwiedzia.
Do tej pory zwierzęta były monitorowane dzięki obrożom wyposażonym w nadajniki radiowe. Wadą tego rozwiązania jest zbyt rzadkie dostarczanie informacji o położeniu niedźwiedzia.
- Teraz, dzięki współpracy z Polkomtelem, 2 nasze niedźwiedzie będą monitorowane praktycznie bez przerwy, a to da o wiele dokładniejsze informacje - mówi Paweł Skawiński, dyrektor TPN.
Żeby jednak bateria mogła dłużej działać, z czasem częstotliwość ich wysyłania zostanie zmniejszona do 8 godzin, a potem nawet do doby. Bateria w jej obroży powinna starczyć na co najmniej 2 lata.
Obroża została założona samicy zsynantropizowanej. Zwierzę musiało zostać chwilowo uśpione. Przy okazji pracownicy parku dokonali w tym czasie pomiarów stopy i łapy, ocenili jej wagę, pobrali do badań genetycznych sierść. Niewątpliwie taki monitoring bardzo dostarczy wielu cennych inforamcji o tym największym drapieżniku Tatr. Da dokładne informacje o przemieszczaniu się niedźwiedzia, pokaże obraz aktywności dobowej, wskaże miejsca gawry, moment zapadnięcia w sen zimowy.
- Będziemy wiedzieć, gdzie niedźwiedź żeruje, czy zbliża się do osad ludzkich - schronisk, czy do koszarów z owcami. Czy wykorzystuje do żerowania szlaki. Ta ostatnia informacja pozwoli wytypować miejsca niebezpieczne dla turystów. To z kolei spowoduje, że będziemy takie miejsca mogli wyłączyć z ruchu turystycznego albo skierować tam większą liczbę naszych patroli - opowiada Paweł Skawiński. Niedźwiedzica pokonuje w ciągu dnia bardzo duże odległości, nie ma areału osobniczego tak ściśle określonego, jak nam się wydawało. Tej samej nocy bywa w okolicy Magury Spiskiej po stronie słowackiej i w rejonie Łysej Polany - mówi dyrektor.
Swoją drogą to ciekaw jestem jak wysyłanie smsów sprawdzi się w praktyce? Jak telefon komórkowy poradzi sobie z brakiem zasięgu np. w Dolinie Roztoki, a bateria w warunkach niskich temperatur?

15.11.2006 r. - Fotokomórki przy wejściach do Tatrzańskiego Parku Narodowego
Jest to najnowszy pomysł TPN na rozładowanie tłoku na szlakach.
Przed wejściem na najbardziej popularne szlaki mają zostać zamontowane fotokomórki. Na specjalnych wyświetlaczach będzie się pojawiała liczba turystów, która weszła na dany szlak. Taka informacja może zniechęcić wielu turystów do wejścia na zatłoczoną trasę. W tym samym czasie, gdy do Morskiego Oka wędruje kilka tysięcy osób, w innych rejonach Tatr przebywa kilkunastu turystów. W niektórych bardziej popularnych miejscach, jak np. na Giewont w okresie największego nasilenia się ruchu latem pojawiają się nawet kolejki oczekujących na wejście na szczyt.

24,25.10.2006 r. - Liczenie kozic
W czasie ostatniego, październikowego liczenia kozic pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego i słowackiego TANAP naliczyli 580 kozic, z tego po polskiej stronie Tatr 108 sztuk.
Jeszcze na początku lat 80-tych poprzedniego stulecia w Tatrach żyło 1000 kozic. Później nastąpiło gwałtowne załamanie, ale od paru lat przyrodnicy obserwują niewielki, ale stabilny wzrost liczby tych zwierząt.
W czasie wiosennego liczenia, w całych Tatrach było 486 kozic, po polskiej stronie Tatr 116 sztuk.
Kozice są bardzo ruchliwymi i płochliwymi zwierzętami, dlatego wyniki akcji w przygranicznych rejonach obserwacyjnych po polskiej stronie granicy wymagają konfrontacji z danymi Słowaków. Porównując czas i miejsce konkretnej obserwacji można stwierdzić, czy obserwatorzy po dwóch stronach granicy nie podliczyli tych samych kozic jednocześnie.

październik 2006 r. - Tatrzańskie orły doczekały się potomstwa
W polskich Tatrach wykluło się pierwsze od kilku lat pisklę orła przedniego. Dotąd obserwowano tam jedynie dwa żyjące na wolności dorosłe osobniki. Ze względu na bezpieczeństwo ptaków, naukowcy z Tatrzańskiego Parku Narodowego przez kilka miesięcy utrzymywali ten fakt w tajemnicy.
Nieoficjalnie wiadomo, że gniazdo, w którym przyszedł na świat orzeł znajduje się w okolicach Kominiarskiego Wierchu. Dyrektor TPN Paweł Skawiński nie może jednak ujawnić dokładnego miejsca jego usytuowania. "Głównym zagrożeniem dla rodziny orłów są kłusownicy, jednak również zwyczajni turyści skutecznie zakłócają spokój tych ptaków, zniechęcając je do stanowienia rodziny" - mówi Skawiński.
Tłumaczy, że zbliżenie się człowieka nawet na odległość 200 metrów do gniazda grozi porzuceniem przychówku przez rodziców. Eksperci patrolują gniazdo z dużej odległości. Oprócz zainstalowanego systemu monitoringu elektronicznego gniazda obserwują również ruch ludzi poza szlakami.
Dyrektor parku przyznaje, że para obserwowanych orłów, od dawna zakłada tu gniazda. "Ptaki składają jajo w kwietniu, na przełomie maja i czerwca powinno wykluć się młode, by w sierpniu wylecieć z gniazda, a po dwóch latach opuścić je całkowicie" - opowiada przyrodnik. "Niestety przez wiele lat ze złożonych jaj nic się nie wykluwało" - dodaje. Ekspert podkreśla, że wyklucie się młodych zależy od tego, ile spokoju mają jego rodzice. Już w trakcie ruchu godowego orzeł odstępuje od złożenia jaj w miejscach, w których jego spokój zakłócają ludzie, na przykład taternicy penetrujący zbocza gór.

10.10.2006 r. - Buty poleciały w przepaść
Niecodzienną przygodę przeżył turysta opalający się na Granatach. Śmigłowiec TOPR lecący do akcji w rejonie Orlich Turniczek, skąd do Doliny Pańszczycy spadła młoda turystka, podmuchem śmigła zrzucił jego buty i część ubrania w przepaść. Turysta zdołał znaleźć jeden but, na druga nogę założył klapek pożyczony od przypadkowych turystów i w takim ekwipunku zszedł na dół.
Akcja ratowania turystki zakończyła sie pełnym sukcesem. Dziewczyna szybko trafiła do szpitala.

Z kroniki TOPR
W dniu 15.10.2006 r. około godziny 13-tej doszło do śmiertelnego wypadku 20-letniej turystki z Miechowa.
Turystka schodząc z Koziej Przełęczy do Doliny Pustej poślizgnęła się na stromym odcinku szlaku i spadła około 40-50m. W wyniku upadku doznała śmiertelnych obrażeń. O wypadku zawiadomili TOPR taternicy wspinający się na Zamarłej Turni. Na miejsce wypadku ratownicy polecieli śmigłowcem. Lekarz TOPR stwierdził zgon turystki. Ratownikom pozostał tylko smutny obowiązek przetransportowania zwłok.

25 października w trakcie akcji liczenia kozic pracownicy TPN natrafili w rejonie wylotu żlebu z Krzyżnego do Doliny Roztoki na ludzkie szczątki.
Zespół TOPR wspólnie z funkcjonariuszami KP Policji w Zakopanem po przeszukaniu rejonu natrafił również na dokumenty denata. Wszystko wskazuje, że były to szczątki zaginionego w 2002 roku Przemysława G. ze Środy Śląskiej. Przemysław G. zaginął 22 czerwca 2002 roku - wychodząc ok. godz. 16.00 z jednego z pensjonatów. Istniało przypuszczenie, że udał się w góry - nietety nie pozostawił żadnej informacji o swoich planach.
Zginięcie zgłoszono do TOPR kilka dni później, kiedy nie pojawił się w ważnej sprawie w Krakowie. Przeszukiwano rejon Giewontu, oraz penetrowano teren Tatr z pokładu śmigłowca. Niestety nie natrafiono na żaden ślad poszukiwanego. Prawdopodobnie bardzo późne wyjście w góry spowodowało konieczność zejścia z Krzyżnego w ciemnościach, co w dalszej konsekwencji doprowadziło do upadku na którymś z progów żlebu i śmiertelne obrażenia.
Są to oczywiście tylko przypuszczenia.

W dniu 30.11.2006 r. około 13.30, podczas podejścia na Kozią Przełęcz poślizgnęła się na stromych, twardych śniegach i spadła do Dolinki Koziej 27-letnia turystka z Krakowa.
W wyniku upadku po stromym zaśnieżonym stoku i uderzeniach w wystające głazy,turystka doznała poważnych potłuczeń, otarć, chwilowej utraty przytomności, kontuzji głowy, barku.
Powiadomieni o wypadku ratownicy udali się do Koziej Dolinki. Po udzieleniu I pomocy ranna turystka w noszach francuskich została przetransportowana na Halę Gąsienicową i dalej samochodem przewieziona do szpitala. Akcja ratunkowa zakończyła się około 18.30.
Ze względu na złą pogodę w akcji ratunkowej nie można było użyć śmigłowca.

wrzesień 2006 r. - Ubezpieczenie w Tatrach Słowackich
Od 3 miesięcy obowiązuje w górach Słowackich odpłatność za wszelakiego typu akcje ratownicze.
Horska Zachranna Sluzba wycenia, że transport poszkodowanego turysty na niewielka odległość kosztuje: 3,5 do 4 tys. koron, wydobycie lekko rannego taternika ze ściany skalnej (bez dodatkowych komplikacji): 7,5 do 13 tys. koron, trudna akcja ścianowa, długotrwałe poszukiwania: ponad 100 tys. koron.
Ceny ubezpieczeń oferowanych przez 4 słowackie firmy: Generali, Allianz, Union, Kooperativę dla turysty wędrującego po znakowanych szlakach kosztują 500 koron na cały rok, jednodniowe ubezpieczenie 20 koron.
W przypadku taterników, grotołazów, narciarzy, snowbordzistów, lotniarzy, rowerzystów górskich cena ubezpieczenia jest o 100% wyższa: 1000 koron za cały rok i 40 koron za jeden dzień.
Wykupując polisę warto przeczytać długą listę warunków, których przestrzeganie decyduje o wypłaceniu odszkodowania. Np. nie dostanie odszkodowania zasypany śniegiem narciarz, który wyruszył w góry przy drugim lub wyższym stopniu zagrożenia lawinowego.
Do 16 lipca na szesnaście ratowanych osób tylko 2 były ubezpieczone. Wynika to nie tylko ze złej woli wyruszających w góry, ale także z przyczyn obiektywnych. Polski taternik, który zaplanuje jednodniowy wypad do Doliny Kieżmarskiej, nie ma szans, aby w tym dniu ubezpieczyć się.
Nie zrobi tego ani na Łysej Polanie, ani w schronisku przy Zielonym Stawie. Do października tego roku można było wykupić ubezpieczenie tylko w schronisku Rainerowa Chata w Dolinie Zimnej Wody.

wrzesień 2006 r. - Frekwencja w Tatrach Słowackich
Frekwencja turystyczna w lipcu i sierpniu na terenie Słowackich Tatr Wysokich była w tym roku o 5 - 10% wyższa niż w roku ubiegłym. Turystów jednodniowych było o 20 procent więcej.
Wśród osób odwiedzających południową stronę Tatr dominują Polacy, Czesi, Słowacy. Na kolejnych miejscach plasują się – Węgrzy, Niemcy, Rosjanie, Ukraińcy, Austriacy i Anglicy. Liczba turystów wybierających się w góry zależna jest od pogody, ale także od nowego czynnika – tzw. długich weekendów.
Pomysł przeniesienia Chaty pod Rysami (Schroniska pod Wagą) na inne, bezpieczne miejsce upadł definitywnie. Skapitulował – jak się wydaje - największy orędownik tego projektu, chatar (gospodarz schroniska) Viktor Beranek. Świadczy o tym poważna inwestycja w schroniskowej jadalni - kominek z szybą żaroodporną na miejscu dawnego pieca z zielonymi kaflami.

23.07.2006 r. - Skok z Kazalnicy
Najlepszy polski BASE jumper Olek Domalewski 23 lipca skoczył z Kazalnicy Mięguszowieckiej do Czarnego Stawu pod Rysami.
Po udanym skoku zapłacił mandat 100 zł za skok i 100 zł za zwodowanie pontonu.
Jednoczesnie nagłośnił wyczyn w Internecie. W środowisku górskim rozgorzała dyskusja, czy skok był kolejnym tatrzańskim wyczynem, czy też niebezpiecznym precedensem, naruszeniem majestatu Tatr. Paweł Skawiński, dyrektor TPN powiedział "To brak szacunku dla gór rozumianych jako przestrzeń, którą należy chronić. Tatry są parkiem narodowym i wielu działań dobrych lub ciekawych, poza nim, tutaj nie powinno podejmować się. Tatry to nie boisko, gdzie można uprawiać każdy rodzaj sportu.
Martwi mnie ten eksces, to jawne łamanie przepisów na oczach wielu ludzi.. Nadto sfilmowane z czterech kamer i pokazywane w Internecie. Nie jest to więc samotny, intymny wyczyn, lecz popis z góry przewidziany do upublicznienia. Złamanie prawa polegało nie tylko na zejściu ze szlaku w celu niezwiązanym z taternictwem, ale także na pojawieniu się pontonu i ludzi na tafli Czarnego Stawu.
Taki skok oddziałuje na przyrodę, choćby na kaczki krzyżówki pływające po Czarnym Stawie, a przeraźliwy krzyk, który zwykle towarzyszy takim wyczynom, nie mieści się w poważnym traktowaniu przyrody. Może czas pomyśleć o Tatrach, a nie o sobie?”

30.03.2006 r. - Niedźwiedzie już wstały
Kilka ostatnich dni ciepłych dni w Tatrach nie pozostało bez wpływu na przyrodę tatrzańską. Budzą się powoli z zimowego snu niedźwiedzie. Ślady łap zaobserwowali pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego w okolicach Łysej Polany w Tatrach Wysokich oraz w Dolinie Kościeliskiej.

Jako pierwsze budzą się zazyczaj osobniki samotne, natomiast niedźwiedzice wraz z młodymi, które rodzą się pod koniec zimy pozostają nadal w gawrze. Dzięki temu młode mogą być dobrze wykarmione pożywnym mlekiem matki.

Ślady niedźwiedzi obserwowano już wcześniej. np. w połwowie marca widziano ślady młodego niedźwiadka na odcinku czerwonego szlaku pomiędzy Polaną pod Wołoszynem a Równią Waksmundzką.

W polskiej cześci Tatr żyje obecnie ok. 15 niedźwiedzi. Kilka lat temu jednemu z nich udało się załozyć obrożę telemetyryczną, dzięki czemu można śledzić jego ruchy oraz badać jego zachowanie.

29.03.2006 r. - Atlas Tatr w przygotowaniu
Tatrzański Park Narodowy wraz z krakowskim oddziałem Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk o Ziemi przygotowuje wydanie Atlasu Tatr, pozycji, która ma przedstwić obecny stan wiedzy o Tatrach.
Atlas Tatr ma się ukazać w 2010 r. Na początku marca odbyło się spotkanie Rady Programowej Atlasu.

Wydawnictwo jest kontynuacją Atlasu TPN, który został wydany w 1985 r. Przy jego tworzeniu brali udział wybitni naukowcy związani z Tatrami. Obecnie powstała idea stworzenia dzieła, które obejmowałoby całe Tatry.

W skład Rady Programowej Atlasu, która czuwa nad całym przedsięwzięciem wchodzą min, pracownicy TPN, PTPNoZ, słowackiego TANAP: prof. Jerzy Niewodniczański, prof. Adam Kotarba, prof. Stefan Skiba, prof. Zbigniew Mirek, prof. Jan Olędzki, prof. Krystyna Piotrkowska, prof. Andrzej Manecki, dr Paweł Skawiński, dr Zbigniew Krzan, dr Władysław Borowiec, dr Peter Fleischer, Peter Liska, Tomasz Vancura, Maciej Antosiewicz oraz Stanisław Czubernat.

Altas będzie miał charakter mapowy, jednolity dla całych Tatr i zostanie w nim ujętych kilkadziesiąt warstw tematycznych obejmujących środowsko przyrodnicze Tatr.

1.08.2005 r. - Pożar w Słowackich Tatrach Wysokich
Na wiatrołomach pozostałych po zeszłorocznym huraganowym wietrze w sobotę (30 lipca) po południu w o kolicy Drogi Wolności między Tatrzańską Polanką a Szczyrbskim Jeziorem wybuchł pożar.
Początkowo ogień objął pięć hektarów, ale porywisty wiatr szybko rozprzestrzeniał go w stronę Nowego Smokowca oraz na niezniszczone przez huragan lasy na południowych zboczach Sławkowskiego Szczytu. Niestety, w rejonie Doliny Wielickiej i Sławkowskiego Szczytu, ogień dotarł do pasma kosodrzewiny.

Zamknięte do odwołania są wszystkie szlaki turystyczne w słowackich Tatrach. Na Słowacji obowiązuje też całkowity zakaz wchodzenia do tatrzańskich lasów.
Huraganowy wiatr powalił setki hektarów lasów
na Słowacji w listopadzie ub. roku Zawieszone zostały kursy kolejki szynowej Hrebienok. Wielki pożar, który doprowadził do decyzji o zamknięciu szlaków, strawił już ponad 200 hektarów lasów. Wysokość płomieni dochodziła do 5 m. Pożar objął pas o długości ponad 3 kilometrów. Gaszenie utrudniał niedostępny, wysokogórski teren, dlatego do akcji wysłano trzy śmigłowce i czołg gaśniczy.

Z powodu dużego zadymienia trzeba było ewakuować mieszkańców kilku domów. Do opuszczenia zagrożonego rejonu polecono przygotować się także mieszkańcom kilku pensjonatów i sanatoriów. Na szczęście strażakom udało się opanować ogień. Strażacy przypuszczają, że ogień zaprószył nieostrożny turysta; prawdopodobnie był to niedopałek papierosa.

Dodajmy, że to już 24 pożar, jaki wybuchł od początku roku na wiatrołomach po potężnej wichurze, która nawiedziła Słowację w listopadzie.
Słowaccy strażacy już całkowicie ugasili pożar tatrzańskich lasów. Dzięki ulewnemu deszczowi ogień udało się opanować, ale w poniedziałek rano strażacy nadal dogaszali pojedyncze ogmiska. Z płomieniami walczono od soboty, a 3 sierpnia zdecydowano o odwołaniu stanu zagrożenia. Ogień po słowackiej stronie Tatr pochłonął 230 hektarów lasów.
Ostatnie ogniska pożaru znajdowały się w trudno dostępnym terenie na zboczach Sławkowskiego Szczytu. Strażacy docierali tam śmigłowcami i samochodami terenowymi, specjalnie wyciętymi w wiatrołomach duktami.

Straty materialne wstępnie szacuje się na pół miliona dolarów

29.07.2005 r. - Szczyt sezonu w Tatrach W Tatrach pełnia turystycznego sezonu. Tłumy szturmują szczyty i przełęcze. Koło południa pod szczytem Giewontu tworzą się kolejki.
Codziennie w Tatry wyrusza kilka tysięcy turystów. Najwięcej z nich wybiera się nad Morskie Oko, do Doliny Kościeliskiej oraz na Giewont. Pół kilometra od szczytu, w miejscu, gdzie zaczynają się łąńcuchy, tworzy się długa kolejka. Trzeba w niej czekać nawet kilkanaście minut.

Warunki turystyczne w Tatrach są w miarę dobre. Szlaki są suche, jest dosyć ciepło. Tylko wysoko wciąż zalegają niebezpieczne płaty starego śniegu, na które lepiej nie wchodzić.
We wtorek 19.07 w czasie wycieczki do Doliny Strążyskiej zemdlał 17-letni turysta z Włoszczowej. Przybyli na miejsce ratownicy stwierdzili u niego odwodnienie spowodowane zatruciem pokarmowym i przewieźli go do szpitala.

W środę 20.07 z Pięciu Stawów do szpitala śmigłowcem przetransportowano Litwinkę, która doznała bolesnej kontuzji nogi.

We czwartek 21.07 do TOPR zadzwoniła turystka informując, że jest z bratem przy dolnej stacji wyciągu w Dolinie Roztoki. Brat traci przytomność.
Na miejsce wypadku ratownicy polecieli śmigłowcem. Po desancie przy oczekującym na pomoc mężczyźnie lekarz TOPR udzielił mu I pomocy.
Chory został umieszczony w noszach francuskich i wraz z ratownikami podebrany na długiej linie i przeniesiony na lądowisko w Stawach. Stamtąd na pokładzie śmigłowca poleciał do szpitala.

Wieczorem do TOPR dotarła wiadomość, że samotny taternik, wspinający się na Kazalnicy, utknął pod okapami, gdyż podczas zjazdu zakleszczyła mu się lina. Po nawiązaniu łączności z pechowcem ustalono, że nie ma żadnej kontuzji i może w ścianie poczekać na pomoc do rana.

Następnego dnia wcześnie rano ekipa ratowników udała się ze sprzętem na Kazalnicę, gdyż ze względu na kiepską pogodę nie można było użyć śmigłowca.

W zestawie Gramingera w ścianę został opuszczony ratownik, podebrał taternika i zwiózł go do podstawy ściany. Trudna technicznie akcja ratunkowa zakończyła się przed godz. 14.00.

W niedzielę 24.07 znad Morskiego Oka przetransportowano śmigłowcem do szpitala 53-letniego turystę ze Starego Sącza z podejrzeniem zawału serca.

W Tatrach na wszystkich szlakach jest sporo turystów. Trudno się dziwić, że zdarzają się kontuzje. Ratownikom pozostaje tylko apelować o rozwagę, mniej pośpiechu, co można osiągnąć, wychodząc w góry wcześnie rano, tak by przed zmrokiem dotrzeć do celu wycieczki lub powrócić na kwaterę.


7.07.2005 r. - Tatry zadeptane przez turystów (w oparciu o Gazetę Krakowską)
Z dnia na dzień wzrasta liczba turystów na tatrzańskich szlakach. Rozpoczyna się letni sezon turystyczny. Z jednej strony górale cieszą się, że będzie można zarobić sporo pieniędzy, z drugiej przyrodnicy załamują ręce nad dewastacją przyrody. Niestety, turyści zadeptują Tatry. Od kilku dni szlaki turystyczne przeżywają prawdziwe oblężenie żądnych poznania gór przyjezdnych z całej Polski i Europy. Jak co roku, najtłoczniej jest na drodze do Morskiego Oka. - Rzeczywiście, trasa z Palenicy Białczańskiej to swoisty rekord - potwierdza Lesław Oprowski z Tatrzańskiego Parku Narodowego. - To chyba najbardziej zadeptywana część Tatr. Inne - równie popularne rejony Tatr to doliny Kościeliska i Strążyska. Ta ostatnia to jedna z najpopularniejszych tras na Giewont. - Teraz wchodzi do nas pół do tysiąca osób - informuje nas pan bileter. - Często zależy to od pogody - jak świeci słońce automatycznie turystów jest więcej.

Niestety, taka liczba odwiedzających Tatry nie jest obojętna dla tatrzańskiej przyrody. Ruch turystyczny dosłownie i w przenośni niszczy najbliższą okolice ścieżek i same szlaki. Niszczone jest kamienne utwardzenie ścieżki, pobocza i ich okolica. Płoszona jest zwierzyna. Co gorsza nadal mimo wielu apeli wchodząc w Tatry śmieci rzucamy gdzie popadnie. Codziennie wyspecjalizowane firmy zbierają tonę odpadów na szlakach. Innym problemem jest bieganie "za potrzebą" do pobliskich krzaczków. Do ustawionych darmowych przenośnych toalet albo jest za daleko, albo też kolejka zniechęca nas do korzystania z nich. Szukamy więc ulgi w kosówce lub dyskretnie za drzewkiem. Dla przyrody ma to negatywne skutki. Pośrednio zapewne i dla mieszkańców Podhala, którzy piją przecież wodę z ujęć z tatrzańskich potoków.
Jak się okazuje turyści nadal również nie do końca zdają sobie sprawę z trudów, jakie czekają ich na górskich ścieżkach. We wspomnianej już dolinie Strążyskiej codziennie zdarzają się osoby, które chcą iść na Giewont w klapkach lub eleganckim skórzanym obuwiu. Tych pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego często przestrzegają, ale nie zawsze odnosi to skutek. Formalnie rzecz biorąc mogą tylko ostrzegać. Zatrzymywać na siłę nikogo się nie da.

1.07.2005 r. - Co z Sokołem? (w oparciu o PAP)
Po kilkumiesięcznych staraniach udało się zebrać brakujące ponad 2 mln zł, które Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe winne było fabryce w Świdniku za remont kapitalny śmigłowca Sokół. Naprawa rozbitej w 2003 r. maszyny kosztowała 6 mln zł.

Minister spraw wewnętrznych i administracji Ryszard Kalisz zwiększył plan wydatków i teraz łączna kwota dotacji z MSWiA dla TOPR, z przeznaczeniem na sfinansowanie remontu śmigłowca, wyniesie 1 mln 344 tys. zł - powiedział naczelnik TOPR, Jan Krzysztof.

Ponad 500 tys. zł dołoży na ten cel TOPR. Większość tej kwoty stanowią pieniądze przekazane pogotowiu przez Tatrzański Park Narodowy, w formie części wpływów ze sprzedaży biletów wstępu w Tatry. Kolejne 100 tys. zł pochodzić będzie z fundacji "Śmigło dla Tatr".

Dzięki temu sprawa uregulowania należności za remont śmigłowca zostanie załatwiona do końca przyszłego tygodnia. W sprawie odsetek od zadłużenia będziemy jeszcze negocjować z fabryką w Świdniku - dodał Jan Krzysztof.

Większość z 6 mln zł za remont śmigłowca zapłacono fabryce już przy odbiorze maszyny w lutym. Pieniądze pochodziły przede wszystkim z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, część, głównie z ubezpieczenia rozbitej maszyny, dołożyło TOPR. Zakup nowego Sokoła kosztowałby ok. 20 mln zł.

Śmigłowiec TOPR uległ wypadkowi w Tatrach pod koniec stycznia 2003 r., uczestnicząc w akcji na lawinisku pod Rysami, podczas poszukiwania ciał tyskich licealistów. Pilot zmuszony był do awaryjnego lądowania po wyłączeniu się w krótkim odstępie czasu obydwu silników maszyny. Prokuratura oskarżyła pilota o spowodowanie wypadku śmigłowca, ale sąd uniewinnił mężczyznę.

Pomimo deklaracji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe wciąż jeszcze nie otrzymało z resortu pieniędzy, które pozwolą uregulować długi za remont śmigłowca sokół.

W czerwcu ministerstwo przeznaczyło 1 mln 344 tys. zł na opłacenie remontu śmigłowca sokół. Brakujące 656 tys. zł TOPR pokryje ze środków pochodzących z akcji społecznej "Śmigło dla Tatr" oraz z pieniędzy pochodzących z biletów wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Ratownicy mieli nadzieję, że problem długu uda się rozwiązać jeszcze w lipcu.

- Pieniędzy wciąż nie ma, ale dostaliśmy zapewnienie z ministerstwa, że w krótkim czasie pojawią się na naszym koncie - mówi Jan Krzysztof, naczelnik TOPR. - Podpisaliśmy już umowę i wysłaliśmy do Warszawy. Ale to nie koniec naszych problemów ze śmigłowcem. Na pewno od 2007 roku będziemy potrzebowali więcej pieniędzy na przeglądy. Mamy jednak nadzieję, że do tego czasu uda się wprowadzić do budżetu ministerstwa stały wydatek związany z naszym "Sokołem".

11.05.2005 r. - Siwa w natarciu (info w oparciu o Tygodnik Podhalański
Niedźwiedzica, która w zeszłym tygodniu goniła turystę w Dolinie Strążyskiej- to Siwa. Jeszcze nie jest synantropem, ale już zatraciła lęk przed człowiekiem. Planowano założyć jej obrożę telemetryczną , ale do tej pory nie udało się.
Dzięki obroży pracownicy Parku Tatrzańskiego cały czas mogliby kontrolować miejsce jej pobytu. Gdy zbliży się do szlaków, będzie można taką trasę zamknąć lub odstraszyć mamę małych misów gumowymi kulami.
W zeszłym tygodniu turysta z Gdyni robił w Dolinie Strążyskiej zdjęcia małym misiom. Podszedł zbyt blisko, a w krzakach młodych pilnowała mama. Niedźwiedzica rzuciła się w pogoń za trusytą, który schronił się na drzewie, a wcześniej skręcił nogę.

W zeszłym roku ta sama niedźwiedzica również z trzema małymi zamieszkała w Dolinie Kondratowej i z tego powodu leśnicy zamknęli tamtejszy szlak.

16.03.2005 r. - Lawina za lawiną
W nocy z 9 na 10 marca dość duża lawina zeszła Siwarnym Żlebem ze stoków Wołoszyna. Przebiła się przez las i przewaliła się nad i pod mostem przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Czoło lawiny zatrzymało się ok. 30 m poniżej mostu. Na drodze do Morskiego Oka powstał wał o wysokości ok. 1 m. Z historii tego miejsca wynika, że poprzednia lawina zeszła tam w roku 1976, całkowicie odcinając schronisko w Morskim Oku od świata.( kwartalnik Tatry, wiosna 2005)

Droga do Morskiego Oka 30 marca 2005 r. Potężna lawina zeszła 13 marca po południu Żlebem Żandarmerii, tarasując drogę do Morskiego Oka. Czoło lawiniska miało ok. 100 m szerokości i 6 m grubości i znajdowało się na Rybim Potoku.
Żleb Żandarmerii (Głęboki Żleb) z lawinami wtórnymi 30 marca 2005 r. TPN zamknął dla turystów drogę z Włosienicy do schroniska nad Morskim Okiem. Wędrowcy, którzy mimo czwartego stopnia zagrożenia lawinowego zdecydowali się wybrać nad największe tatrzańskie jezioro, korzystają z wyznaczonego niebieskimi tyczkami trudnego zimowego obejścia. Choć nikłe jest prawdopodobieństwo, że lawina mogła porwać turystę, to - jak tłumaczy leśniczy z Morskiego Oka Krzysztof Cudzich - nie można wykluczyć, że ewentualna ofiara odnajdzie się dopiero po roztopach. Jeszcze kilka dni później na 1,5-kilometrowy odcinek drogi schodziła lawina za lawiną Śnieg zsuwał się ze wschodnich, silnie nasłonecznionych zboczy Opalonego - w ciągu godziny przed południem pracownicy schroniska, ratownicy TOPR i leśnicy zaobserwowali z okna schroniska 4 lawiny, a jedną udało się nawet sfilmować. Złą sytuację potęgował porywisty wiatr, który przenosił śnieg z miejsca na miejsce. To ruchome piaski - komentowano nad Morskim Okiem.

tak wyglądało Morskie Oko 2 tygodnie po zejciu lawiny W środę 16 marca kolejna wielka lawina zeszła z Marchwicznego Żlebu. Podmuch wstrząsnął fundamentami budynku. Ze schroniska ewakuowano kilku turystów. Nikomu nic się nie stało. Nie ucierpiał też budynek, ale zagrożenie było tak duże, że zarządzono ewakuację. Lawina przebiła taflę lodu na stawie, tworząć wielką falę, która wraz z połamanymi krami, zerwała mostek na potoku wypływającym z Morskiego Oka i przesunęła go kilkanaście metrów w dół. Turystów w tym czasie tam nie było, ponieważ szlak od kilku dni był zamknięty właśnie ze względu na zagrożenie lawinowe.



19.02.2005 r. - Sokół znów w Tatrach
Po dwóch latach nieobecności, powrócił w Tatry należący do TOPR-u śmigłowiec Sokół. TOPR podpisał umowę na odsługę Sokoła z firmą HELISECO ze Świdnika, nie chcąc już korzystać ze źle układającej się współpracy z LPR-em. Przejął też heliport przy szpitalu. Śmigłowiec nie musi więc stać na zaimprowizowanym lądowisku w okolicy siedziby TOPR-u. Nie zapłacono jeszcze całej kwoty za remont śmigłowca. TOPRowi brakuje 2 mln zł. Czynione są starania o pozyskanie pieniędzy z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.
Za loty śmigłowca płacić będzie pośrednio TPN, gdyż na ten cel przeznaczona będzie część wpływów z biletów wstępu na teren parku.

Wyremontowany śmigłowiec przystosowany jest do działań w górach. Posiada windę i odpowiednie zaczepy do montowania lin do desantu lub działań ratowniczych na tzw. długiej linie. Z pieniędzy zebranych w czasie akcji ,,Śmigło dla Tatr” zakupiono specjalistyczne wyposażenie medyczne. Śmigłowiec będzie wyposażony tak, jak karetka reanimacyjna.

21.11.2004 - Z Kroniki TOPR
W niedzielę 21 listopada dwójka turystów wyjechała na Kasprowy Wierch. Mimo fatalnych warunków: padającego śniegu, mgły i silnego wiatru i wysokiego stopnia zagrożenia lawinowego zdecydowała się przejść granią do Przełęczy pod Kopą Kondracką.
Ok. 16.30 turyści zdecydowali się powiadomić TOPR, że znajdują się w okolicach Suchych Czub Kondrackich i nie są w stanie iść dalej. Szlak był całkowicie zasypany, mgła, zapadający zmrok a turystka zaczęła tracić siły i stanęła przed groźbą odmrożeń.
Z pomocą ruszyło 5 toprowców. Od Kalatówek zaczęły się duże zaspy śnieżne. Ze względu na zagrożenie lawinowe ratownicy w okolicach Hali Kondratowej podchodzili granią Łopaty. W okolicach Suchego Wierchu Kondrackiego spotkali zziębniętą dwójkę turystów, którą potem sprowadzili na Kalatówki i dalej skuterem śnieżnym odtransportowali do Zakopanego.
Tak więc w górach zaczęła się na zima na dobre. Ta przygoda dwójki turystów skończyła się jedynie na strachu, jednak należy pamiętać, że południowe zbocza grani biegnącej od Przełęczy Świnickiej przez Kasprowy Wierch do Ciemniaka są bardzo strome i lawiniaste.

20.11.2004 - Dzień Ratownika
Tym razem coroczny Dzień Ratownika był obchodzony w największym schronisku w Tatrach Polskich w Dolinie Chochołowskiej. Zwykle świętowano go w Morskim Oku, ale w tym roku zabrakło tam miejsca.
Po mszy świętej i krókim walnym zebraniu ropoczęło się przyrzecznie. Na ręce naczelnika TOPRu Jana Krzysztofa złożyło przyrzeczenie 16 kandydatów: Stanisław Bobak, Jarosław Caban, Mateusz Dembiec, Marcin Firczyk, Bartłomiej Gąsienica-Józkowy, Klemens Gąsienica-Mracielnik, Rafał Guziak, Michał Kulig, Jędrzej Malinowski, Paweł Nadybal, Przemysław Pawlikowski, Jakub Poburka, Grzegorz Przepiórkowski, Andrzej Stopka, Stanisław Styrczula i Bogdan Zięba. Słowa przysięgi ułożone jeszcze za czasów założyciela TOPRu Mariusza Zaruskiego brzmiały: Dobrowolnie przyrzekam pod słowem honoru, że póki zdrów będę na każde wezwanie naczelnika lub jego zastępcy, bez względu na porę roku, dnia i stan pogody stawię się w oznaczonym miejscu i godzinie.
Obchody Dnia Ratownika uświetnił występ uczniów ze Szkoły Podstawowej w Murzasichlu, przedstawiający scenki z początków ratownictwa. Szkoła ta jako pierwsza otrzymała imię Ratowników Tatrzańskich.
Sami kandydaci również wystąpili, odtańcowując zbójnickiego z czekanami zamiast ciupag.
Cała impreza trwała do rana.
Naczelnik TOPRu Jan Krzysztof twierdzi, że grupa młodych chłopaków, gruntownie wyszkolona znacznie wzmocni siły Pogotowia.

19.11.2004.- Katastrofa pogodowa w Tatrach Słowackich
- Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem - mówi jeden z robotników leśnych w okolicach Maltar patrząc na to co pozostało z lasu. Całe kilometry połamanych i powyrywanych z korzeniami drzew.
- To dopiero początek, zabaczycie jak wygląda Smokowiec, Wyżnie Hagi, Szczyrbskie Jezioro, Podbańska - dodaje.
Piątek 19 listopada 2004 na długo zapisze się w historii Tatr. Wiejący w ten dzień silny północny wiatr omijając Tatry Wysokie i spadając z południowych zboczy rozpędził się do olbrzymich prędkości. Z potężną siłą uderzył w strefę lasów na wysokości 1200 m n.p.m. Prędkość wiatru dochodziła do 170 km/h. W ciągu 3 h położył on drzewa w strefie o szerokości 3 km i długości 60 km. Rejon wokół Tatr do piątku porośnięty gęstym lasem od Podbańskiej przez Szczyrbskie Jezioro, Wyżnie Hagi, Nową Polankę, Stary Smokowiec, Tatrzańską Łomnicę do Maltar jest pusty i zdewastowany. Teraz drzewa z góry wygladają jak po uderzeniu meteorytu tunguskiego. Stare 80 - 120 letnie drzewa zostały przewrócone jak zapałki w jednym kierunku: z północy na południe.
Wichura powaliła 12 000 ha lasu, w sumie 2,5 mln m3drzew, co stanowi 90% wyrębu całej Słowacji w ciągu roku. Poza Tatrami ucierpiała część Orawy i górnego Hronu. Natomiast w okolicach Wyżnich Hag Droga Wolności, prowadząca wokół Tatr została zablokowana na odcinku 4 km, przez olbrzymi, 6 m wysokości zator.
Po 50 h zdołano dotrzeć do ośrodka leczenia chorób płuc, również koło Wyżnich Hag, gdzie pacjenci i lekarze pozostawali odcięci od świata zawaleni połamanymi drzewami.
"To narodowa katastrofa. Tatry są perłą Słowacji i to, co się stało, to tragedia. Nie tylko dla Tatr, ale i dla całej Słowacji" - mówił burmistrz rejony Vysoke Tatry Jan Mokosz.
Wg ministra ochrony środowiska została zniszczona tak wielka ilość drzew, że zastąpienie ich nowymi sadzonkami zajmie od 5 do 7 lat.
Minister rolnictwa wydał zakaz wchodzenia do lasu, ze względu na groźbę złamania się kolejnych drzew.
Dwa dni po katastrofie w wielu miejscowościach podtarzańskich nadal nie było prądu
Na razie wiadomo o dwóch ofiarach, jedną jest mieszkaniec Tatrzańskiej Łomnicy, który zginął w swoim samochodzie przygnieciony przez spadające drzewa.
Drugą ofiarą był czeski turysta w Tatarch Niżnich, który wraz z dwójką innych turystów szedł po grani. Podmuch zepchnął go do Doliny Kumsztowej, gdzie poniósł śmierć.
Drzewa również zalegają na trasach narciarskich, co może spowodowac opóźnienia w otwarciu sezonu narciarskiego.

Ostatnie silne wiatry nawiedziły Słowację w 1981 r. Wtedy wiatr też łamał drzewa, ale to nie był kataklizm. Wtedy uprzątanie szkód zajęło 7 lat.
W 1915 r. podobny obszar nawiedziła także nawałnica, ale straty nie były nawet w połowie tak wielkie jak teraz.
Zobacz zdjęcia na słowackich stronach: zdjęcia


















22.03.2004 - Nie będzie nowych przejść granicznych w Tatrach
Polsko-Słowacka Komisja Międzyrządowa ds. Współpracy Transgranicznej przygotowuje porozumienie pomiędzy Polską i Słowacją w sprawie zasad poruszania się po szlakach nadgranicznych oraz zasad ich utrzymywania.
Jedynym przejściem granicznym w górach, będzie istniejące już przejście graniczne na Rysach.
Przed wojną Polacy licznie przechodzili na południową stronę Tatr przez Liliowe, Ciemne Smmreczyny, Dolinę Hlińską do Popradzkiego Stawu i Szczyrbskiego Jeziora lub przez Liliowe, Zawory, Dolinę Koprową na Krywań, czy przez Liliowe, Ciemne Smreczyny, Wrota Chałubińkiego do Morskiego Oka i dalej przez Rysy na Wysoką.
Dzisiaj możemy te czasy wspominać ze łzą w oku, czytając o tym np. "W stronę Pysznej" Zielińskiego. Po drugiej wojnie światowej wiele szlaków zostało zamkniętych, szlak przez Liliowe uznano dodatkowo za szczególnie zagrożony lawinami.
Przez pewien czas nie pozwalano także turystom chodzić szlakami wzdłuż granicy, np. na Czerwonych Wierchach oraz niektórymi szlakami do niej dochodzącymi.
Jednak po zniesieniu tego zakazu nie wolno już było przekraczać granicy w górach. Jedynym wyjątkiem był Kasprowy Wierch, gdzie przez krótki czas istniał posterunek WOP.
Później nastąpił okres dalszego zamykania szlaków; na polecenie WOP zlikwidowano szlak nadgraniczny z Polany Stara Roztoka przez Wantę do Morskiego Oka. Część szlaków zniknęła ze względu na powstanie parków narodowych po obu stronach Tatr. Przykładem może byc czerwony szlak na Gładką Przełęcz w Dolinie Pięciu Stawów, który zamknięto w latach 60-tych.
Obecnie turyści chcący dostać się w Tatry Słowackie muszą korzystać z przejść granicznych w Łysej Polanie, Chyżnem i Chochołowie-Suchej Horze lub w okresie letnim z górskiego przejścia graniczngo na Rysach.
W ostatnich latach wiele mówiono o negocjacjach prowadzonych ze stroną słowacką w sprawie otwarcia nowych górskich przejść granicznych. Podczas spotkań przedstawiciele Polski i Słowacji brali pod uwagę Kasprowy Wierch, Tomanową Przełęcz, Jarząbczy Wierch, Wołowiec i Bobrowiecką Przełęcz a także Molkówkę leżącą poza granicami Tatrzańskiego Parku Narodowego. Analizowano gęstość szlaków oraz natężenie ruchu turystycznego. Szukano miejsc, gdzie po obu stronach granicy istnieje duże podobieństwo pod tym wzlędem.
Propozycja Molkówki została odrzucona, ponieważ leży na terenie korytarza ekologicznego. Zwierzęta migrują nim z okolic Magury Witowskiej w kierunku Babiej Góry. Przeciwko temu przejściu przemawia również brak szlaku po stronie słowackiej.
Bobrowiecka Przełęcz nie nadaje się na przejście graniczne, gdyż istnieje duża dysproporcja w ruchu turystycznym po polskiej i słowackiej stronie granicy. Tereny słowackie są dzikie, gdzie rzadko zapuszczają się turyści, a dodatkowo stanowią one ostoję wilka i rysia.
Wołowiec spełnia wymagania związane z równomiernym natężeniem ruchu, jednak Słowacy się nie zgodzili na założenie tam przejścia.
Jarząbczy Wierch odpada, ze względu na zbyt dużą wysokość - agumentuje komisja.
Wygląda na to, że celnicy na wysokości 2137 m n.p.m. muszą korzystać już z masek tlenowych, na które zabrakło środków. Wg mnie duża wysokość to argument dość słaby, stoi raczej za tym brak dobrych chęci.
Tomanowa Przełęcz zaś, była w dawnych czasach dogodnym szlakiem handlowym i przemytniczym na Liptów. Korzystali z niego uciekinierzy w czasach wojen i powstań. Jednak komisja twierdzi, że czas podejścia od strony Polskiej (z Kir) zabiera ok 3 h, ze strony słowackiej (z Podbańskiej) ok. 6-7 h. Komisja ocenia sumaryczny czas wycieczki w jedną stronę na 10 h, co jest czasem zbyt długim. Istnieją prawdopodobnie obawy, zwiększenia ilości turystów powracających nocą przez Dolinę Tomanową Liptowską i spotkania się z jednym z dwóch niedźwiedzi, które tam występują. Poza tym tereny te są ostoją świstaka i kozic, co dyskwalifikuje Przełęcz Tomanową.
kasprowy wierch został wykluczony ze względu na znaczną dysproporcję w ruchu turystycznym. Po polskiej stronie dociera tam ok. 1500 turystów, natomiast w Dolinie Cichej wędruje kilku turystów dzienne.
Komisja polsko-słowacka zajmuje się ponadto uporządkowaniem kwestii poruszania się i remontów szlaków granicznych. Okazuje się, że 80% szlaków biegnie po stronie słowackiej nawet do 200 m w głąb terytorium. Do tej pory szlaki te były remontowane tylko przez TPN dlatego, że strona polska generowała niemal 100% ruchu turystycznego. TPN nie zamierza się z tego wycofać, chce jednak usakncjonować prawnie tego typu działania. Dawniej wydawnie pieniędzy TPN poza granicami Parku i w dodatku na terenie innego państwa było niezgodne z prawem. Dodatkowo takie porozumienie umożliwi uzyskanie dotacji z Unii.
TPN zamierza w najbliższym czasie wyremontować odcinek szlaku z Kasprowego na Beskid. W przeszłości ten 800 metrowy odcinek scieżki miał szerokość 1 m, dzisiaj 20 m. Pieniądzę na remont i korektę szlaku pokryją Polskie Koleje Linowe za użytkowanie Kasprowego Wierchu.

19.03.2004 - Obudził się pierwszy niedźwiedź w Tatrach
Zwierzę od kilku dni spaceruje w rejonie jednej z popularnych dolin reglowych w Tatrach Zachodnich. Ostatnio widziany był w rejonie Doliny Kościeliskiej.
Według dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego Pawła Skawińskiego, tropy obserwowane przez pracowników parku wskazują, że przebudzony niedźwiedź to prawdopodobnie bardzo duży samiec.
Nie należy się do zwierzęcia zbiliżać, karmić go ani fotografować.
- Obudzony osobnik kręci się w jednej z dolin reglowych, zostawiając ślady na śniegu. Identyfikujemy niedźwiedzie po wielkości łap, a ten ma rozmiar między 24 a 26 cm. To bardzo duży osobnik. Wszystko wskazuje na to, że jest to samiec. Świadczyć o tym może również fakt, że porusza się samotnie - powiedział dyrektor Skawiński. Dodał, że niedźwiedzice, które mają tegoroczne młode, oraz samice, opiekujące się rocznymi niedźwiadkami, będą aktywne dopiero na przełomie kwietnia i maja.
W ostatnich dniach w Tatrach ociepliło się, w partiach reglowych temperatura powietrza w dzień jest już na ogół dodatnia. Wciąż jednak w górach leży sporo śniegu - od około 30 do 145 cm. W całych Tatrach bytuje około 50-60 niedźwiedzi brunatnych, a po polskiej stronie tych gór mieszka ok. 15 osobników

19.03.2004 - Zmiana zasad zamykania szlaków w Tatrach
Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe zamierza w przyszłości odejść od dotyczasowego systemu zamykania szlaków w związku zagrożeniem lawinowym. Ratownicy twierdzą, że zakazy wystawiane w górach są nieskuteczne. Jedną z przyczyn takie stanu rzeczy był brak nadzoru nad znakami. Nie należało do rzadkości spotkanie podrdzewiałych tablic informujących o zagrożeniu lawinowym w czerwcu, kiedy po śniegu nie było juz śladu. Trudno się spodziewać, żeby ludzie nie ignorowali takiego sytemu znakowania. Naczelnik TOPR, Jan Krzysztof zamierza zastąpić obecny system zakazów systemem ostrzegania, połączonym z intensywną kampanią edukacyjną turystów. Chodzi o to, aby każdy wchodzący na szlak człowiek brał na siebie odpowiedzialność. Zamykanie i otwieranie szlaków daje ludziom złudne poczucie bezpieczeństwa, bo szlak otwarty uważają za bezpieczny. Kiedy jest śnieg lawina może zejść zawsze, nawet przy otwartym szlaku.
Dyrektor TPN, Paweł Skawiński uważa, że ostrzeżenia są bardziej skuteczne od najsurowszych zakazów.
Tego typu system stosuje sie już na świecie, jednak skuteczne jego wprowadzenie na polski grunt będzie wymagało czasu i wieloletniej edukacji społeczności górskiej.

16.02.2004 - Zagrożenie lawinowe w Tatrach - dostępne tylko dolinki reglowe
Kilka dni opadów śniegu w Tatrach zwiększyło znacznie zagrożenie lawinowe. Dzis TOPR ogłosił 4, czyli duży stopień zagrożenia lawinowego. Prawdopodobieństwo zejścia lawiny istnieje już przy małym obciążeniu dodatkowym na większości stromych stoków. Możliwe jest również samorzutne schodzenie średnich i dużych lawin. Zamknięte są wszystkie szlaki turystyczne powyżej schronisk oraz kilka innych szlaków, gdzie niebezpieczeństwo zejścia lawin jest znaczne. Min. cała Dolina Roztoki od Wodogrzmotów Mickiewicza do Dol. 5 Stawów. Więcej informacji znajdziesz na stronach TPN i TOPRu.

6.02.2004 - Zakończenie konkursu internetowego "Bezpieczne Tatry" i wręczenie nagród
Konkurs rozpoczął się 3 listopada. Przez prawie 3 miesiące codziennie na stronie http://bezpieczne.tatry.pl/ ukazywały się pytania dotyczące głównie bezpieczeństwa turysty w Tatrach. Poziom trudności pytań konkursowych był bardzo zróżnicowany; od pytań o to, czy turysta wybierający się do jaskini powinien być wyposażony w latarkę do pytań o okoliczności pierwszego wykorzystania śmigłowca do zadań ratowniczych w Tatrach, czy uprawnień przewodnika IVBV.
Konkurs został zorganizowany przez TOPR, TPN i Urząd Miasta Tychy. Celem jego było zwiększenie poziomu wiedzy z dziedziny bezpieczeństwa w Tatrach. Jeżeli w jego wyniku uda się uratować choćby jedno życie ludzkie, to praca włożona w jego zorganizowanie miała sens.
Splendoru całej akcji dodali chojni sponsorzy. Do zdobycia było kilkanaście atrakcyjnych nagród ufundowanych przez Radio RMF, Alpinus, Urząd Miasta Tychy oraz TPN. Do udziału w konkursie zarejestrowało się 916 osób.
Najlepsi uczestnicy - a było ich czworo - odpowiedzieli na 88 pytań z 91 zadanych. Są to w kolejności alfabetycznej: Maciej Dambski - Paryż (Francja), Kinga Kokoszka - Kraków, Małgorzata Ociepińska - Jaworzno i Jan Rakowicz - Konin.
O jeden punkt mniej (87) zgromadziły trzy osoby. Są to: Piotr Budzyna - Gliwice, Kaja Jurek - Falsztyn i Mariusz Kotas - Kraków. Trzecie mniejsce (86 punktów) uzyskali Bartłomiej Bochnak - Rabka i Dagmara Jurek - Falsztyn.

29.01.2004 - Śmierć czwórki grotołazów w lawinie w Małej Świstówce
Anna Antkiewicz wraz z grupą grotołazów z Sądeckiego Klubu Taternictwa Jaskiniowego PTTK Nowy Sącz "Beskid" zamierzała zejść do Jaskini Małej. 51-letnia Antkiewicz, była doskonałym kierownikiem wyprawy, ponad rok temu dokonała sensacyjnych odkryć wielkich korytarzy w Jaskini Małej. Tym razem chciała prowadzić dalszą eksplorację w warunkach zimowych kiedy ilość wody w jaskini jest najmniejsza. Otwierają się wtedy nowe możliwości eksploracyjne, których nie można oczekiwać w innych porach roku.
Kilka dni wcześniej otrzymała w TPNie zezwolenie na wejście do Jaskini Małej. Takie wyjścia są bowiem reglamentowane, nie każdy turysta może tam się wybrać.
- Ale Antkiewicz była doświadczona. Otrzymała zezwolenie, przecież tatrzańska speleologia tak wiele jej zawdzięcza - mówi Zbigniew Ładygin z Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Kilka dni przed tragedią w Tatrach utrzymywał się wysoki - trzeci stopień zagrożenia lawinowego. Kiedy pokrywa śniegowa się utrwaliła, TOPR ogłosił drugi stopień. Należy pamiętać, że nadal na stromych stokach możliwe było wyzwolenie lawiny. Wtedy Antkiewicz zdecydowała się na wyprawę wejścia jaskini.
W środę wyszła w góry z trójką przyjaciół: Magdą J., Danielem R. i Piotrem T. Mieli tylko przetrzeć drogę do jaskini. Samo wejście i eksplorację grupa zaplanowała bowiem na czwartek. W miejscu zakwaterowania w Zakopanem podali, że zamierzają wrócić późnym wieczorem w środę. Kiedy się nie pojawili, a ich telefony komórkowe nie odpowiadały, pozostali w Zakopanem grotołazi zaalarmowali TOPR. W czwartek o świcie w rejon Jaskini Małej w pobliżu Doliny Kościeliskiej wyruszyli pierwsi ratownicy. W żlebie Małej Świstówki odkryli lawinę. Wszystko wskazywało na to, że zeszła poprzedniego dnia. Tuż po godz. 8 rano ratownicy znaleźli pierwsze ciało, a także plecaki pozostałych grotołazów. Była jeszcze nadzieja, że pozostała trójka żyje.
W rejon lawiniska w żlebie Małej Świstówki śmigłowiec Mi-2 Lotniczego Pogotowia Ratunkowego przetransportował kolejnych ratowników TOPR i leśników TPN. Własnym śmigłowcem dotarli ratownicy słowackiej Horskiej Zachrannej Służby. W sumie na lawinisku pracowało ok. 60 osób z 14 psami lawinowymi. Metr po metrze przy pomocy sond - kilkumetrowych cienkich prętów - przeszukiwali lawinisko szerokie na ponad 50 metrów i długie na blisko kilometr. Po godz. 13 pod śniegiem natrafili na trójkę grotołazów. Wszyscy nie żyli. Ciała były bardzo pokiereszowane, musiały spadać kilkaset metrów.

30.12.2003 - zgubiony szlak na Hali Gąsienicowej
Grupa turystów schodzących z Karbu w kierunku Stawków Gąsienicowych zgubiła szlak i na skróty próbowala dotrzeć do Murowańca. Jednak walka z zapadającym się śniegiem przy krzakach kosówki znacznie ich wymęczył. Zdecydowali się wezwać pomoc. Toprowcy dotarli do turystów na nartach i potem asekurowali ich do szlaku. Cała przygoda zakończyła się szczęśliwie w Murowańcu ok. 19.00.

28.12.2003 - huraganowe wiatry o mało nie doprowadzają do tragedii
Po świętach siła wiatru w Tatrach zaczęła gwałtownie wzrastać, osiągajac w porywach prędkość 144 km/h. 28 grudnia w kierunku Jaskini pod Wantą w Tatrach Zachodnich szła grupa grotołazów. Podczas trawersowania Szarego Żlebu gigantyczny podmuch zepchnął jednego z grotołazów w dół. Przeleciał 20 m i uderzył w półkę skalną łamiąc nogę. Ratownicy TOPR zostali wezwani przez telefon komórkowy. Po udzieleniu pomocy transportowano grotolaza w ekstremalnych warunkach. Cała akcja zakończyła się ok. 21.00. W czasie, kiedy trwała akcja w Tatrach Zachodnich, Centrala TOPR otrzymała kolejne wezwanie. Tym razem od dwójki turystów schodzących ze Świnicy. Chłopak z dziewczyną przy huraganowym wietrze, gęstej mgle zgubili szlak. Udało im się jednak znaleźć słupek graniczny, po podaniu toprowcom jego numeru udało się ustalić, że są na wierzchołku Pośredniej Turni. Ratownicy z Gąsienicowej wyruszyli na Liliowe, by dalej granią dotrzeć do zagubionych. Wicher jednak był tak porywisty, że na Liliowem zdmuchnął ratowników z grani. Każda kolejna próba wyjścia zza grani kończyła się niepowodzeniem. Trzeba było dać za wygraną. Kolejna grupa toprowców próbowała dotrzeć do oczekujących pomocy od strony Przełęczy Świnickiej. Turyści jednak poinformowali przez telefon komórkowy, że wzmagający się wiatr porwał im plecaki i śpiwory i zaczynają się wychładzać. Ratownicy poradzili im, że muszą zacząć schodzić do Doliny Cichej, gdzie siła wiatru jest mniejsza. Ok. godz. 21.40 grupa ratowników z Horskiej Zachrannej Slużby podchodząca od strony Doliny Cichej napotkała zmarzniętych i zmęczonych turystów. Całe zdarzenie miało szczęśliwy finał na przejściu granicznym w Łysej Polanie. Później okazało się, że prędkość wiatru mierzona na Kasprowym Wierchu dochodziła do 216 km/h.

5.12.2003. - Jesienne liczenie kozic
O 6.00 rano po obu stronach Tatr zaczęła się akcja jesiennego liczenia kozic. W Tatry wyruszyło ok. 40 osób w 36 rejonów po polskiej stronie Tatr i odpowiednio więcej po stronie słowackiej. Po naszej stronie naliczono w sumie: 116 sztuk (w lipcu 2003 roku 90 sztuk): w tym 46 kóz, 23 capy, 8 koźląt w wieku do 2 lat oraz 15 sztuk nie rozpoznanych. Po stronie słowackiej zliczono 250 sztuk, w tym: 36 koźląt do jednego roku. po odjęciu kozic, które zliczono dwukrotnie, otrzymano wynik 345 kozic, w tym 54 koźlęta do jednego roku. Wynik ten jest dość optymistyczny, biorąc pod uwagę, że dopiero niedawno ogólna liczba kozic przekroczyła 300. Niestety nie każde z koźląt przetrwa zimę 2003/2004.

22.11.2003 - Przełęcz Pyszniańska w Tatrach zachodnich
Niecały miesiąc później miał miejsce kuriozalny wypadek. Trójka turystów szła od Przełęczy Tomanowej do Przełęczy Pyszniańskiej. Poruszali się z czekanami w rękach, ale bez raków. Nie założyli ich również, kiedy trawersowali stromy, zalodzony żleb w rejonie Kamienistej. Dwóch chłopaków przeszło asekurując się jedynie czekanem. 25-letnia Ola z Sosnowca przechodząc poślizgnęła się i zaczęła pędzić żlebem w dół. Nie pomogły próby hamowania czekanem. Dziewczyna poniosła śmierć w dolnej części żlebu. Ola stała się niepotrzebną ofiarą lenistwa, lub myślenia "inni nie zakładają raków, to ja też nie zakładam". Kolejnym powodem nieszczęścia był prawdopodobnie brak szkolenia w posługiwaniu się rakami i czekanem.

26.10.2003 - Znów Kozi Wierch pokazał zęby
Kolejny dzień, niedziela, był też pechowy, choć nie tak tragiczny. Tym razem 24-letni mieszkaniec Warszawy miał raki, ale nie miał czekana. W górnej części żlebu w południowym zboczu KOziego, turysta zaczepił prawdopodobnie jednym rakiem o drugi i nie mając czym hamować zjechał w dół. Szczęśliwie zatrzymał się kilka metrów powyżej progu skalnego. Ratownicy TOPRu po dowiezieniu śmigłowcem Mi-2 nad brzeg Wielkiego Stawu i dojściu do niego piechotą stwierdzili liczne złamania, ogólne potłuczenia, choć zachował przytomność. Transport turysty odbywał się na noszach francuskich, po wcześniejszym obłożeniu pakietami grzewczymi do Wodzogrzmotów Mickiewicza. W tym przypadku, brakowało czekana i treningu w technice poruszania się w rakach.

25.10.2003 - sobota okazała się tragiczna dla dwóch 22-latków
Brak raków i czekana przyczynił się również do kolejnych dwóch tragedii. Pierwsza z nich miała miejsce na szlaku zejściowym ze Skrajnego Granata. Pod samym wierzchołkiem poślizgnął się i runął w dół 22-letni mieszkaniec Raciborza. Zjechał stromym żlebem, gdzie zalegał zlodowaciały śnieg ok. 600 m, ponosząc śmierć na miejscu. Jeszcze nie zakończył się transport zwłok spod Skrajnego Granata, kiedy do ratowników dotarło zgłoszenie z Kościelca. Jeden z dwóch turystów schodzących z Kościelca, niedaleko Karbu poślizgnął się i zniknął swojemu koledze z oczu. Okazało się, że przeleciał przez dolną cześć zachodniej ściany Kościelca do Doliny Gąsienicowej, ponosząc śmierć na miejscu. Pechowcem okazał się 22-latek z Andrychowa, także nie posiadający ani raków ani czekana.

23.10.2003 - Czarny szlak z Doliny 5 Stawów na Kozi Wierch
21-letni turysta z Warszawy wyszedł ze schroniska w Dolinie 5 Stawów z zamiarem wejścia na szczyt Koziego Wierchu. Szlaki były śliskie i pokryte śniegiem. Turysta nie miał ani raków ani czekana (ups!!). W górnej części szlak trawersuje żleb i tam właśnie doszło do tragedii. Turysta się poślizgnął i zjechał żlebem ok. 200 m, uderzając po drodze o wystające kamienie i głazy. TOPR został zawiadomiony ok. 13.15, jednak ze względu na trudne warunki atmosferyczne nie można było użyć śmigłowca. Ratownicy musili iść piechotą od Wodogrzmotów Mickiwicza, na miejsce dotarli ok. godz. 16.00. Pechowiec był wychłodzony, miał słabą akcję serca, urywany oddech. Lekarz natychmiast przystąpił do akcji reanimacyjnej. Po ok. 2 h turysta był już w karetce reanimacyjnej przy Wodogrzmotach. Niestety trud 22 ratowników poszedł na marne, gdyż nieszczęśnik zmarł w szpitalu po kilkudniastu dniach nie odzyskawszy przytomności. Jak wąska jest granica między życiem i śmiercią? Czasem jest to cena 250 zł wydana na raki.

13.10.2003 - Świnica pochłania kolejną ofiarę
Słoneczna pogoda i znakomita widoczność potrafi uśpić czujność turystów. W dniu, w którym spod Krokwi wystartowały dwa balony korzystajc z korzystnych warunków atmosferycznych, dokonując przelotu nad Tatrami, na czerwonym szlaku ze świnicy na Zawrat doszło do tragedii. Z oblodzonego trawersu Gąsienicowej Turni spadł 42-letni turysta z Legnicy. Po 150 m lotu spadł na skały nad Zadnim Stawem ponosząc śmierć na miejscu. Turysta nie miał ani raków ani czekana. W takich warunkach wyjście bez sprzętu jest błędem, nawet kiedy w dolnych partiach szlaki nie wymagają jego użycia.

Archiwum 10.2002 - 07.2003


23.04.2009 r. - Przerwa w kursowaniu kolejki na Kasprowy Wierch
Od 4 do 8 maja 2009 r. zostanie wprowadzona przerwa w ruchu pasażerskim kolejki na Kasprowy Wierch. W tym czasie przeprowadzone zostaną planowane remonty zapobiegawczo-konserwcyjne oraz przeglądy przyrządów i obiektów.

25.03.2009 r. - Na Kasprowym ponad 3 m śniegu
Po ostatnich opadach śniegu w Tatrach zalega gruba warstwa białego puchu. Na Kasprowym Wierchu grubość pokrywy śnieżnej przekroczyła już 3 m 25 cm i jest bliska rekordowej, zanotowanej w 15 kwietnia 1995 r. wynoszącej 3 m 55 cm. W Zakopanem zalega warstwa 84 cm śniegu, warunki na drogach są bardzo trudne, a na poboczach leżą potężne pryzmy śniegu. Z powodu silnego wiatru nie działa kolejka na Kasprowy Wierch, a droga do Morskiego Oka jest nadal zasypana po zejściu lawiny powyżej Włosienicy.

18.03.2009 r. - Rekordowy opad śniegu w ciągu doby
Zima powróciła w Tatry w wielkim stylu. Nad Łomnickim Stawem zanotowano rekordowy opad śniegu; w przeciągu ostatnich 24 h spadło tam 54 cm śniegu. Nad Tatrami przechodził zimny front atmosferyczny i opadom towarzyszył silny wiatr. Jego prędkość w porywach przekraczała 31 m/s (Łomnicki Staw), a więc była bliska dolnej granicy orkanu. W Niżnich Tatrach bariera ta została nawet przekroczona.
Meteorolodzy upokajają, że w najbliszym czasie tak porywiste wiatry w Tatrach nam nie grożą.

07.03.2009 r. - Akacja "Zero Tolerancji"
Od kilku miesięcy w Tatrach trwa akcja "Zero tolerancji" dla osób łamiących przepisy parkowe. Efektem tych działań jest 300 upomnień i 60 mandatów nałożonych na turystów w samym tylko styczniu.
Wielu narciarzy nie zgadadza się z tak restrykcyjną polityką Parku Narodowego i twierdzi, że Straż Parkowa stosuje wobec nich metody rodem z filmów akcji.
Jedna z interwencji pracowników parku miała miejsce 24 lutego, kiedy to do dwójki narciarzy będącej w rejonie Myslenickich Turni podjechał pracownik parku. W jego asyście obaj zjechali do czekających niżej funkcjonariuszy Straży Granicznej na skuterze. Następnie narciarze zostali odstawieni do siedziby Parku i tam przesłuchani przez komendanta Staży Parkowej.
Niestety zeznania obu stron się znacznie różnią dlatego jest trudno ustalić jak było naprawdę. Narciarze twierdzą, że byli 4 m od szlaku, pracownicy TPNu uważają, że byli 500 metrów od szlaku, w rejonie ścisłej ochrony, niedaleko gawry niedźwiedzia, mieli ze sobą łopatę i budowali tam skocznię.
Ponadto strażnicy skarżą się na opryskliwe ich traktowanie przez narciarzy (na pytanie ilu ich jest odpowiedzieli, że 25) oraz niechęć do legitymowania się.
Narciarze z kolei uważają, że prawo powinno być egzekwowane, ale nie godzą się na sposób przesłuchiwania przez komendanta Straży Parkowej Edwarda Włazło, który ponoć chwalił się swoim 25 letnim doświadczeniem jako śledczy z Afganistanu, Libii i Kosowa.
Narciarze nie uważają się za niewinnych, jednak utrzymują, że szkodliowość ich działalności w dwie osoby na ponad 2-metrowej warstwie śniegu ma się niejak do imprez masowych organizownych w Tatrach oraz do dziesiątek tysięcy ludzi napierających na Tatry w lecie.
W rezultacie narciarze zostali ukarani madatami wysokości 500 zł.

20.02.2009 r. - Duże zagrożenie lawinowe w Tatrach
Po stosunkowo intensywnych opadach śniegu w Tatrach wzrosło znacznie zagrożenie lawinowe. Na Kasprowym Wierchu pokrywa śniegowa sięga 2,75 cm. W czwartek, 19 lutego TOPR ogłosił wysoki, 3 stopień zagrożenia lawinowego. Oznacza to możliwość samorzutnego schodzenia średnich i dużych lawin sięgających często dna dolin.
Żleb Żandarmerii po zejściu kilku wiosennych lawin Lawiny mogą w takich warunkach mogą zagrozić nawet niektórym popularnym szlakom dojściowym do schronisk. Przykładem może być droga do Morskiego Oka w miejscu gdzie przecina jeden z najbardziej lawiniastych żlebów w Tatrach Polskich - Żleb Żandarmerii (na niektórych mapach zwany Głębokim Żlebem). Miejsce to znajduje się kilakset metrów powyżej Polany Włosienica, droga wychodzi na otwarty teren zniszczony przez olbrzymie lawiny schodzące tym żlebem. Nazwa żlebu wzięła się od posterunku żandarmerii, który stał tam w czasach zaboru austiackiego.
Nieco powyżej Polany Włosienica ustawiony jest szlaban oraz tablice ostrzegające o niebezpieczeństwie. Przy wysokim zagrożeniu lawinowym w tym miejscu powinno się skręcic w lewo w obejście tej drogi. W praktyce mało kto tamtędy chodzi, bo turyści są przekonani o swojej nieśmiertelności albo, że lawina tym razem nie zejdzie. Kolejnym elementem jest pschychoza tłumu, czyli myślenie "oni idą, więc my też idziemy".
Poza tym większość turystów nie posiada żadnej wiedzy nie tylko lawinowej, ale nawet podstaw topgrafii. Wiedzą, że "tu" mnie dowieźli saniami i gdzieś "tam" jest Morskie Oko. Niedawno na Hali Kondratowej spotkałem dwóch młodych ludzi schodzących bez raków z Przełęczy pod Kopą wymęczonych, wymarzniętych i bez czapek na głowie. Jeden z nich zapytał, czy tu jest gdzieś jakieś schronisko. oczywiście szli bez mapy, po wydeptanych śladach z Kasprowego, gdzie wyjechali kolejką. Wystarczy, żeby po drodze zaczął padać śnieg i zasypał ślady i wtedy zaczęłyby się poważne problemy.
Droga przecinająca Żleb Żandarmerii z 2,5 m warstwą śniegu po zeszłych lawinach Wracając do Żlebu Żandarmerii, to jego niebezpieczeństwo polega na tym, że na północno-wschodniej grani odkładają się znaczne depozyty śniegu lub nawisy, zwłaszcza przy częstych u nas wiatrach zachodnich i południowo-zachodnich. Poza tym pod samą granią zbocza są strome i trawiaste stanowiąc idealne warunki do poślizgu śniegu. nieco niżej wklęsłe zbocze przechodzi w żleb, gdzie ewentualna lawina spiętrza się zwiększając szybkość i swoją grubość. U wylotu żlebu przebiega droga do Morskiego Oka, gdzie spokojnie spacerują: "nieśmiertelni", "szczęściarze" i Ci dla których góry są przedłużeniem Krupówek.
W piątek, 21 lutego TOPR ogłosił 4-ty stopień zagrożenia lawinowego i TPN przestał sprzedawać bilety wstępu w Tatry. Każdy rozsądny turysta powinien, przy takim zagrożeniu zrezygnować z wycieczki w Tatry.

17.11.2008 r. - Roztoka ma nowych najemców
Schronisko jesienią Historia schroniska Roztoce sięga roku 1876 r. Wtedy to Towarzystwo Tatrzańskie postawiło pierwszy budynek schroniska, przy ówczesnej drodze do Morskiego Oka. Pierwszym jego gospodarzem był Franciszek Dolrula z Poronina. W roku 1913 Towarzystwo Tatrzańskie rozebrało schronisko i przenisło nieco dalej od drogi w bardziej suche miejsce. Na przestrzeni lat jego gospodarze zmieniali się wielokrotnie. Byli wśród nich: Bartuś Obrochta (dwukrotnie) - znany skrzypek z Zakopanego, Paweł Vogel - znakomity Taternik, Andrzej Krzeptowski - poźniejszy gospodarz schroniska w Dolinie 5 Stawów Polskich.

Najdłużej, bo aż 34 lata gazdował w Roztoce ostatni gospodarz - Marek Pawłowski. To właśnie za jego czasów poznałem prawdziwie górską atmosferę schroniska, kiedy zaczynałem moją przygodę z Tatrami.
Gazda z Roztoki nie odmawiał noclegu, nawet gdy schronisko było oficjalnie zamknięte. Doświadczyłem tego osobiście kiedyś w połowie grudnia, kiedy musiałem się wycofać spod Stawiarskiej Ściany w drodze do 5 Stawów. Było niedługo przed północą, kiedy po wielogodzinnej walce w śniegu po pas zapukałem do drzwi schroniska. Nocleg w małym, wyziębionym pokoiku nr 6, z grzejnikiem przy łożku uważam za jeden z bardziej radosnych :).

Schronisko w zimowej szacie (kwiecień) Pod koniec października nową gospodynią schroniska została Anna Krupa z Chochołowa. W gazdowaniu będzie jej pomagał mąż Stefan. Prowadzenie tego typu obiektów jest na pewno trudne, jednak oboje pomagali kiedyś mamie Stefana w w szałasie w Dolinie Stażyskiej.
Od poczatku listopada zgłaszali się już turyści na imprezę sylwestrową. W pierwszych dniach zarezerwoało miejsca ponad 40 osób. Gospodarze zamierzają uświetnić sylwestrową noc min. muzyką góralską.
Wszyscy stali bywalcy schroniska z niecierpliwością czekają na to jak będzie teraz w Roztoce. Obiecująco brzmią słowa Pani Ani: "Chcemy tu utrzymać prawdziwie turystyczną atmosferę, tak jak to było dotychczas. To nadal musi być schronisko z klimatem".
Życzymy powodzenia nowym gospodarzom, żeby ciągle schronisko było ostoją prawdziwych ludzi gór.

7.11.2008 r. - Nowe wyciągi na Słowacji
Wykorzystując skutki wielkiej wichury z 19 listopada 2004 r., która powaliła lasy wokół Tatr w pasie o długości ok. 50 km i szerokości 3 km Słowacy zamierzają rozbudować swój kompleks narciarski w okolicach Tatrzańskiej Łomnicy. Inwestycja za 11 mln euro ma objąć budowę nowego, czteroosobowego wyciągu krzesełkowego (Start - Čučoriedki), poszerzenie istniejącej trasy na odcinku Tatrzańska Łomnica - Start oraz Start - Łomnicki Staw, stworzenie wydajnego systemu naśnieżającego dla niżej położonych tras. Podstawą tego systemu będzie duży zbiornik wodny w Tatrzańskiej Łomnicy, z którego woda ma wystarczyć do naśnieżania obu wcześniej wspomnianych odcinków tras. System naśnieżania ma wydłużyć okres dostępności tras do ok. 5 miesięcy. Słowacy twierdzą, że zbiornik wodny będzie zużywał tylko niewielki procent wody górskiej, tak, że nie będzie wpływał na stan wody pitnej w Tatrzańskiej Łomnicy.
W najbliższym czasie ma przybyć jeszcze wybudowana nowa nartostrada o długości 4,9 km. Firma TLD (Tatranské lanové dráhy), będąca gospodarzem wyciągów twierdzi, że po rozbudowie przepustowość wyciągów zwiększy się dwukrotnie, czyli do 5 865 osób/godz. Teraz ma to być ośrodek narciarski z prawdziwego zdarzenia z gwarancją śniegu przez znaczną część roku, z trasami o przewyższeniu 1300 m, z nartostradą o długości 6,5 km do jazdy karwingowej (najdłuzszej na Słowacji), z dużym wyborem tras niebieskich i czerwonych o szerokości ok. 60 m i z jedną czarną trasą z Łomnickiej Przełęczy.
Oprócz tego Słowacki projekt, który już ruszył zakłada wybudowanie licznych hoteli i apatamentowców oraz inwestycje w Szczyrbskim Jeziorze, Starym Smokowcu, Ździarze, a także w Dolinie Spalonej w Tatrach Zachodnich.

Powstaje pytanie, co na to przyroda? Ekolodzy i przyrodnicy w Polsce są przerażeni i uważają, że inwestycje Słowaków zagrażają całym Tatrom. Podobnego zdania jest Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody (IUCN), która przestrzegła ministerstwo środowiska Słowacji, że jeśli wszystkie plany zostaną zrealizowane, to ich kraj może stracić prawo do używania nazwy "park narodowy" w odniesieniu do Tatr.
"Rząd Słowacji tym się nie przejmuje. Wolą mieć nowoczesne ośrodki narciarskie niż park narodowy. Powinniśmy zacząć myśleć podobnie" - uważa Andrzej Bachleda "Ałuś", nasz znany alpejczyk, autor pomysłu "Trzech Dolin".

Ciekawe, że jedyny głośny sprzeciw w sprawie inwestycji na Słowacji jest ze strony polskiej. Tamtejsze organizacje ekologiczne chowają głowę w piasek, a szefowie prac budowlanych uważają, że Polacy po prostu zazdroszczą im rozwoju infrastruktury narciarskiej, gdyż po stronie polskiej nic się w tej sprawie nie dzieje.

"Trzy Doliny"
Bachleda ma już gotowy projekt nowego ośrodka. Przewiduje wejście z inwestycjami na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego. Centrum ośrodka narciarskiego stanowiłyby Rówienki Kondrackie (nieco powyżej Kalatówek). Stąd rozchodziłyby się kolejki krzesełkowe i gondolowe do tatrzańskich kotłów w rejonie Kasprowego Wierchu. Poszerzona i sztucznie naśnieżana nartostrada prowadziłaby z Kasprowego Wierchu do ronda Kuźnickiego. Na Rówienki miałaby docierać również kolej naziemna, którą można by dalej jechać na Słowację do Doliny Cichej. Jej trasa wiodłaby przez tunel pod górami o średnicy 10 m i o długości 3,2 km.

POmysł budowy takiego ośrodka po stronie polskiej dyr. Tatrzańskiego Parku Narodowego, Paweł Skawiński uważa za katastrofalny i nie ma mowy o zgodzie na takie inwestycje w ramach Parku.

18.07.2008 r. - Motory crossowe dla policji
Jeszcze w tym miesiącu zakopiańska policja dostanie od Straży Granicznej osiem prawie nowych motorów crossowych. Po wejściu Polski do strefy Schengen Straż Graniczna ma mniej zadań i przechodzi reorganizację. Dzięki temu część sprzętu będzie mogła przekazać policji. Będą to motory KTM i Husqvarna o przebiegu 10 - 15 tys. km.
Teraz policja nie będzie bezradna wobec "jeźdźców", którzy za najlepszy poligon swoich wyczynów na motocyklach i quadach uważają obszar Tatr.
Najczęściej takie przypadki notowano na Siwej Polanie w Dolinie Chochołowskiej, w rejonie Księżego Lasu, Polany Biały Potok i na Drodze pod Reglami. Do tej pory pościg radiowozem za delikwentem był bezcelowy.
Motocykle trafią do wydziału prewencji, gdzie policjanci będą pełnić patrole w trudnych warunkach górskich. Poza tym policjanci będą reagować na zgłoszenia rolników, którym piraci niszczą pola. Są to nie tylko mieszkańcy regionu, ale także przyjezdni turyści uzależnieni od adrenaliny.
Ostatnio jeden z mieszkańców widział geniusza (miał najwyżej jeden zwój mózgowy), który motocyklem crossowym jechał Drogą pod Reglami z prędkością ponad 100 km/h.

Piratom grozi mandat w wysokości 1 tys. zł oraz sprawa w sądzie grodzkim. Za złamanie przepisów Ustawy o ochronie przyrody i wjechanie na teren TPN sąd może wymierzyć grzywnę do 5 tys. zł.

Miejmy nadzieję, że wraz z motocyklami do policji trafi pakiet świetnych szkoleń jazdy terenowej, tak aby działania policji były skuteczne. Przydałoby się jeszcze zwiększenie wysokości mandatów, ale znając pobłażliwość prawa, choćby na przykładzie specjalistów od zabijania niedźwiadków (za okrucieństwo grozi jedynie kara w zawieszeniu), skończy się na grożeniu palcem, karach symbolicznych bądź w zawieszeniu.

16.07.2008 r. - Wyścigi sherpów
15.10.2008 r. w Tatrach Słowackich odbędzie się 14-ta edycja zawodów z cyklu Sherpa Rally. Najlepsi nosicze zmierzą się w wynoszeniu cieżkiego towaru na trasie z Hrebienoka (1285 m n.p.m.) nad Starym Smokowcem do schroniska Tery'ego (2012 m n.p.m.) w Dolinie 5 Stawów Spiskich

9.07.2008 r. - Zamknięcia szlaków na Słowacji
Po wejściu Polski i Słowacji do strefy Schengen a potem po otwarciu szlaków na Słowacji 15 czerwca (powyżej linii schronisk) Słowacy zamknęli część szlaków w swoich Tatrach.
Jednym z nich jest czerwony szlak prowadzący z Doliny Cichej dnem Doliny Tomanowej Liptowskiej na Tomanową Przełęcz. Wg dyrekcji Štátnych lesov TANAPu jest to podyktowane koniecznością ochrony zwierząt zamieszkujących Dolinę Tomanową: niedźwiedzi, wilków, jeleni, cietrzewi i głuszców. Na Przełęcz Tomanową prowadzi także szlak czerwony z Polany Tomanowej Wyżniej od strony polskiej. Szlak ten ma być wkrótce również zamknięty (wg źródeł słowackich).
Kolejnym szlakiem zamkniętym w ostatnim czasie po stronie słowackiej jest zielony szlak z Umarłej Przełęczy do Doliny Juraniowej i dalej jej dnem na Juraniową Przełęcz, potem na Bobrowiec i do Bobrowieckiej Przełęczy, a także niebieski szlak z Bobrowieckiej Przełęczy na Grzesia.
Peter Spitzkopf - pracownik Štátnych lesov TANAPu twierdzi, że było to podyktowane względami ochrony przyrody i liczy na wyrozumiałość turystów. Peter Spitzkopf twierdzi, że zamknięty szlak zielony to tylko 1% długości wszystkich szlaków w Tatrach słowackich i do tego mało uczęszczany.

Moim zdaniem w przypadku Doliny Tomanowej Liptowskiej problem ma dwa aspekty: ochrony przyrody i drugi ściśle turystyczny.
Pierwszy z nich to bardzo mało uczęszczana, piękna dolina, gdzie do tej pory przechodził pojedynczy turysta w ciągu dnia i zamieszkujące zwierzęta faktycznie miały tam święty spokój. W czerwcu 2004 roku widziałem na tak niewielkim obszarze dwa niedzwiedzie. Po otwaciu granic ilość ta mogłaby wzrosnąć co najmniej do kilkuset osób dziennie.
Drugi turystyczny aspekt to ze strony Štátnych lesov TANAPu dobrze przemyślana polityka pozbycia się polskiego turysty z Doliny Cichej. Zamknięcie Doliny Tomanowej Liptowskiej to eliminacja jedynej mało wymagającej wysiłkowo trasy, w dodatku arakcyjnej pętli.
Trasa zaczynałaby się na Kasprowym Wierchu po wyjeździe na jego szczyt kolejką, następnie prowadziłaby w dół żółtym szlakiem na dno Doliny Cichej, potem czerwonym szlakiem przez Dolinę Tomanową Liptowską na stosunkowo niską Tomanową Przełęcz i dalej w dół na stronę polską do Doliny Tomanowej i Doliną Kościeliską do Kir. Po zamknięciu Doliny Tomanowej pozostają tyklo szlaki wymagające powrotu tą samą drogą (czyli nieco mniej atrakcyjne) na stronę polską przez Kasprowy Wierch, czyli konieczności ponad 2 h podejścia na koniec dnia przy pokonaniu 700 m różnicy wysokości z dna Doliny Cichej. Na taką trasę mogą pozwolić sobie turyści o dobrej kondycji. Prawdopodobnie ten aspekt jest kluczowy w decyzji zamknięcia Doliny Tomanowej, gdyż strona słowacka nie jest zainteresowana zwiększeniem ilości polskich turystów depczących ich szlaki i w dodatku nie zostawiających przy tym żadnych pieniędzy.

29.06.2008 r. - Ścianka wspinaczkowa w Łysej Polanie
Po otwarciu granic Słowacy zdecydowali się zagodarować nieco zapomniane rejony przygraniczne. Takim miejscem jest Łysa Polana. W ubiegłą niedzielę, na obszernym parkingu otwarta została ścianka wspinaczkowa, gdzie dostępnych jest 7 dróg. Każda z nich ma swojego "ojca chrzestnego", postać z historii taternictwa i narciarstwa w Tatrach. Są wśród nich takie nazwiska jak: Vlado Krajňák, Ján Kostolny, Laco Janiga i Miloslav Neumann.
Pomysłodawcą całego przedsięwzięcia jest Jozef Trišč.
Ścianka ma być częścią większego kompleksu turystycznego, gdzie min. będzie centrum informacji o Tatrach, kantor oraz możliwość kupna winietek.

02.04.2008 r. - przejazd do Morskiego Oka
Od 1 kwietnia 2008r dyrektor TPN wydaje zezwolenia na przejazd samochodem do Morskiego Oka na odcinku od Palenicy Białczańskiej do Włosienicy. Identyfikatory uprawniające do wjazdu na drogę Palenica- Włosienica wydawane są tylko w dobrze uzasadnionych przypadkach, a opłata z tego tytułu wynosi 200 zł. Uzyskane dochody zasilą po połowie budżet parku i starostwa. Pieniądze zostaną przeznaczone na utrzymanie drogi.
Podstawowym celem przyjętego rozwiązania jest ograniczenie ruchu samochodowego na drodze do Morskiego Oka. Starostwo nie było w stanie weryfikować, czy zezwolenia wydawane do tej pory były prawidłowo wykorzystywane.

05.01.2008 r. - Wypadek lawinowy pod Siwą Przełęczą
W sobotę 5 stycznia 2008 r. trójka turystów została porwana przez lawinę typu deska śnieżna, schodzącą z Siwej Przełęczy (1812 m) do Doliny Starorobociańskiej. W wyniku zdarzenia 27-letnia kobieta doznała kontuzji kolana, natomiast dwaj mężczyźni wyszli z lawiny bez szwanku. Ok. 13.50 zawiadomili oni telefonicznie TOPR. W pierwszej fazie akcji wziął udział śmigłowiec, jednak ze względu na silny wiatr został odwołany. Z centrali TOPR wyruszłyła 10-osobowa ekipa i ok. 17.00 dotarła na miejsce wypadku.

Turyści byli dobrze wyposażeni, a w Tatrach obowiązywał wówczas z pozoru niewysoki, drugi stopień zagrożenia lawinowego. Jednak istnienie nawianych poduch śnieżnych zwiększa możliwość zejścia lawiny przy niskich stopniach zagrożenia lawinowego.

Nie znam szczegółów zdarzenia, jednak faktem jest, że przez kilka dni przed wypadkiem w Tatrach wiał silny wiatr wschodni powodując powstawanie nawisów po zachodniej stronie grani Ornaku. Tak więc podejście na Siwą Przełęcz od strony Doliny Starorobociańskiej niosło ze sobą zwiększone ryzyko lawinowe.
Należy pamiętać o tym, że czarny szlak w Dolinie Starorobociańskiej prowadzący na Siwą Przełęcz wiedzie przez pewien czas Żlebem pod Pyszną. Charakter tego żlebu pozwala go zaliczyć do dość niekorzystnych lawinowo. W górnej części zbiera on śnieg z szerokich pól śnieżnych (Upłaz pod Pyszną) na trawiastym podłożu pod Kotłowym Siodłem (1800 m). Następnie żleb się zwęża, w środkowym biegu, co oznacza, że ewentualna lawina spiętrzy się i nabierze prędkości.

28.12.2007 r. - Czy kładka połączy TPN i TANAP?
Ostatnio na Słowacji wiele się mówi o problemie braku schroniska w najdłuższej tatrzańskiej dolinie - w Dolinie Białej Wody. Słowacy biorą pod uwagę dwa warianty jego rozwiązania: zbudowanie schroniska w Dolinie Białej Wody w rejonie Polany pod Wysoką albo udostępnienie turystom wędrującym doliną istniejącego już schroniska w Roztoce.
Problemem jest jedynie (lub aż) granica państwowa na potoku Biała Woda.

Po wstąpieniu Polski i Słowacji do strefy Schengen, zostały otwarte granice i do naszych południowych sąsiadów można przejść w dwudziestu miejscach. Swobodne przekracznie granicy nie dotyczy, niestety obszarów chronionych przyrodniczo.
A zatem, wystarczy porozumienie między parkami narodowymi obu krajów i można przystąpić do budowy kładki na potoku Biała Woda, żeby zapewnić swobodny ruch pieszy między Polaną Biała Woda, po stronie słowackiej a oddalonym o 300 m schroniskiem na Polanie Stara Roztoka po stronie polskiej.

Taka kładka, oddalona o dwie minuty drogi od schroniska istniała przez wiele lat do końca II wojny światowej pozwalając turystom i taternikom znacznie (bo o mniej wiecej 2 - 3 h) skrócić czas dojścia do górnych części Doliny Białej Wody. Tędy szli turyści na Rohatkę, Polski Grzebień, taternicy na Gerlach, czy na jedną z abmitniejszych ścian w Tatrach - pod Galerią Gankową.

O budowę kładki od dawna stara się gospodarz najstarszego tatrzańskiego schroniska u wylotu Doliny Roztoki, Marek Pawłowski, który gazduje w nim od ponad 30 lat. Kiedyś była to mekka dla taterników z całej Polski i świata, tętniła życiem i gwarem. Dziś schronisko podzieliło los obiektów stojących poza szlakiem.
Marek Pawłowski twierdzi, że sam wybudowałby kładkę, gdyby mu tylko pozwolono. Mówi, że wtedy poczułby się naprawdę jak w zjednoczonej Europie.
Wspomina, opowieści ojca z czasów kiedy kładka spinała oba brzegi Białej Wody: schronisko wówczas tętniło od gwaru ekip szykujących liny, karabinki, czekany, od opowieści o przebytych szlakach i zdobytych ścianach, wytyczonch drogach. Przybywała tu śmietanaka taternicka z całej Polski i tu miała swoją bazę wpadową w Tatry.
Paweł Skawiński, dyrektor TPN, widzi możliwość przerzucenia kładki nad potokiem Biała woda oraz otwarcia, przy okazji starej drogi do Roztoki, która do tej pory stanowi drogę gospodarczą dla potrzeb schroniska.
Słowacy są skorzy do rozmów jednak na pewno potrwają one wiele miesięcy. Marian Strucel z TANAP, twierdzi, że do najbliższego lata tego problemu nie rozwiążemy.

13.11.2007 r. - Śmierć niedźwiadka
Niewątpliwie wszystkimi wstrząsnęła śmierć niedźwiadka, który zginął z rąk sześciu turystów 21 października w Dolinie Chochołowskiej. Jak wynika z opinii biegłych bezpośrednią przyczyną śmierci było utonięcie.
Ponadto zwierzę miało rany głowy. Prawdopodobnie był bity i został utopiony. Niedźwiadek był znacznie osłabiony – znaleziono u niego pasożyty, które również mogły mieć wpływ na jego zdrowie.
Biegły lekarz sądowy określił obrażenia turystów jako lekkie.
Do pełnej jasności w tej sprawie brakuje już tylko opinii biegłego - w sprawie stopnia szkody, jaką dla przyrody było zabicie niedżwiadka. Prokuratura jest na etapie szukania specjalisty w tej kwestii i kompletowania dokumentów z TPN, między innymi w sprawie populacji niedźwiedzia w Tatrach.
Wg niej nie ma wątpliwości, że szkoda powstała, ale dla ustalenia kwalifikacji prawnej czynu potrzebne jest określenie jej stopnia. Właśnie od opinii biegłych prokuratura uzależniła dalsze postępowanie wobec turystów.
Kilka dni po zdarzeniu czwórce mieszkańców gminy Lubawa w województwie warmińsko-mazurskim oraz dwójce z rejonu Nowego Sącza i Tarnowa postawiono zarzut "spowodowania zniszczenia w świecie zwierzęcym lub roślinnym w znacznych rozmiarach". Prokuratura powołała się także na przepisy ustawy o ochronie zwierząt. W myśl tych przepisów, łącznie sąd może wymierzyć turystom karę do dwóch lat pozbawienia wolności.

9.11.2007 r. - Tatry poza strefą Schengen
21 grudnia Polska i Słowacja wchodzą do strefy Schengen. Wiąże się to ze zniesieniem kontroli na granicach lądowych, a drogi prowadzące przez granicę - piesze, rowerowe i samochodowe - będzie można pokonywać swobodnie. Wyjątkiem będą tereny związane z ochroną przyrody.
- Dlatego 21 grudnia nie otworzymy ani jednego przejścia granicznego w Tatrach. Ze względu na ochronę przyrody w słowackich Tatrach zamykamy czasowo wszystkie wysokogórskie szlaki, w tym te dochodzące do polskiej granicy, w okresie od 1 listopada do 15 czerwca. Nie zamierzamy zmieniać tych przepisów w związku z wejściem Polski i Słowacji do strefy Schengen. W grudniu przyjedziemy do Polski, do Zakopanego, i przeprowadzimy razem z polskim Tatrzańskim Parkiem Narodowym akcję informacyjną - mówi Marian Sturcel, wicedyrektor słowackiego Tatrzańskiego Parku Narodowego (TANAP). (na podstawie Gazety Wyborczej, 9.11.2007 r.)

zapowiada się, że Słowacy będą trwać przy sztywnym stanowisku również po 15 czerwca 2008 r. Do tej pory istniało tylko jedno górskie przejście graniczne w Tatrach - na Rysach.
W sezonie Rysy są tłumnie odwiedzane przez turystów, a wielu z nich schodzi potem do pobliskiego Schroniska pod wagą (słow. - Chata pod Rysmi).
Część turystów zapomina jednak, że przejście graniczne na Rysach jest czynne od 16 czerwca do 31 października.
W ubiegłych latach zdarzało się, że polskie i słowackie służby graniczne deportowały osoby, które przekraczały granicę poza tym okresem. Wsród nich byli nie tylko Polacy, ale również Czesi, Hiszpanie i Amerykanie.

Słowacy najbardziej obawiają się otwarcia przejść granicznych w miejscach, gdzie istnieje duża dysproporcja pomiędzy ilością turystów po stronie słowackiej i polskiej. Takim najbardziej jaskrawym przykładem jest Kasprowy wierch.
Po modernizacji kolejki na Kasprowy Wierch po stronie polskiej będą tysiące ludzi, natomiast sąsiadującą słowacką Dolinę Cichą odwiedza raptem kilku turystów dziennie.

Słowacy obawiają się, że Polacy mogliby rozdeptać tą cenną przyrodniczo dolnię, której długość przekracza 17 km i znajdują się tu ostoje dzikiej zwierzyny, min. niedźwiedzi.
Przed rokiem rząd Słowacji zwrócił się nawet do polskiego Ministerstwa Środowiska z oficjalnym pytaniem o inwestycję na Kasprowym Wierchu, zaniepokojony budową nowej kolejki, która ma być otwarta jeszcze przed Bożym Narodzeniem 2007 r. Wg Pawła Skawińskiego, dyrektora TPN, Dolina Cicha nie jest zagrożona, bo droga do niej z Kasprowego nie jest taka łatwa.
Co do istnienia tego przejścia granicznego sprawa nie jest jeszcze przesądzona, na razie trwają rozmowy analiza rozwiązań.

Podsumowanie letniego sezonu w Tatrach - trochę statystyki
W tym roku po szlakach tatrzańskich wędrowały rekordowe ilości osób. W lipcu na teren TPN weszło 526 tys. osób (o 100 tys. więcej niż rok temu) a w sierpniu 526 tys. turystów (o 70 tys. więcej niż przed rokiem).
We wrześniu prawdopodobnie ze względu na opady śniegu i brzydką pogodę do parku weszło 233 tys. osób czyli znacząco mniej niż w zeszłym roku (331 tys.).
Rzeczywista ilość turystów jest większa (o około 10 %), bo podane wyżej liczby nie uwzględniają wejść do dolin zarządzanych przez Wspólnotę Witowską, dojść do obiektów sakralnych oraz wejść poza punktami lub poza czasem ich otwarcia.
Nowością w tym sezonie był wprowadzony 3 lipca jeden kierunek ruchu na Orlej Perci, na odcinku od Zawratu po Kozi Wierch. Turyści pozytywnie wypowiadają się o wprowadzeniu jednokierunkowego ruchu na fragmencie orlej perci. Przeprowadzono akcję liczenia turystów poruszających się na odcinku Zawrat – Kozi Wierch.
Podczas 4 dni od godz. 9.30 do 15.00 na tym odcinku powędrowały 344 osoby a w przeciwną stronę wybierało się 21 osób.

24 sierpnia - Wiatrołom w Roztoce
Noc z 23 na 24 sierpnia będzie długo pamiętana przez mieszkańców Małopolski a zwłaszcza Podhala. Gwałtowne burze połączone z huraganowymi wiatrem spowodowały wiele zniszczeń w wielu miastach tego regionu.
Wichura dotarła również w Tatry, gdzie najsilniej odcisnęła swoje piętno pomiędzy mostem przy Wodogrzmotach Mickiewicza a schroniskiem w Roztoce. Zniszczeniu i uszkodzeniu uległ drzewostan na powierzchni prawie 10 ha. "Trwało to zaledwie pół godziny, ale jakby kto serię z karabinu maszynowego puścił..” wspomina Marek Pawłowski, gazda ze schroniska w Roztoce.
Powalone drzewa zatarasowały dojście zielonym szalkiem do schroniska od strony Wodogrzmotów Mickiewicza.


3.12.2006 r. - "Góry" śmieci w górach
W ostatnich dniach udało się wywieźć stertę śmieci, głównie złomu, z Doliny Suchej Kasprowej.
Śmieci te to efekt uboczny działalności Kolei Linowej. Gromadziły się tu od początku istnienia kolejki. Wywieziona obecnie sterta ułożona została w 2001 roku, w trakcie próby posprzątania doliny.
Ilość i rozmiar zanieczyszczeń, jakie wówczas znaleziono przekroczył najśmielsze wyobrażenia. Uznano wówczas, że próba wyniesienia tych śmieci z miejsca pozbawionego nie tylko drogi dojazdowej, ale i w miarę wygodnej ścieżki dojściowej, może okazać się szkodliwa dla przyrody i niebezpieczna dla ludzi. Zadecydowano, że najlepszym rozwiązaniem będzie transport lotniczy. Obowiązek usunięcia śmieci z Doliny Suchej Kasprowej znalazł się wśród prac kompensacyjnych wyznaczonych Polskim Kolejom Linowym sp. z o.o. Zgodnie z decyzją ministra miało być to wykonane jednak dopiero po zakończeniu modernizacji kolejki na Kasprowy Wierch.
Gdy w Tatrach pojawiły się wojskowe śmigłowce, uznano, że skoro ktoś zadecydował, że wojskowi piloci i tak muszą szkolić się w lataniu nad parkiem narodowym, dobrze by było, aby przy okazji wywieźli śmieci. Dzięki temu śmieci będą krócej zanieczyszczać obszar ochrony ścisłej, a w przyszłym roku nad Tatrami będzie mniej hałasu. Śmieci spakowano do 14 specjalnie uszytych worów transportowych o pojemności 1200 litrów i 1 grudnia przetransportowano na Kalatówki, skąd zostały zwiezione samochodem ciężarowym. Na wiosnę, gdy zejdą śniegi, konieczne będzie jednak ponowne sprzątanie Doliny Suchej Kasprowej.

16.11.2006 r. - Niedźwiedzie smsują
Tatrzańska niedźwiedzica co 4 godziny wysyła sms-a z informacją o swoim położeniu. Nie należy sobie jednak wyobrażać dużego, włochatego stwora pochylonego nad swoją "wypasioną" komórką z dzwonkami polifonicznymi, cierpliwie wklikującego cyferki ;). Jest to możliwe dzięki obroży złożonej zwięrzęciu z wmontowanym GPS-em i specjalnym telefonem komórkowym.
Obroże taką dostarczył Parkowi Instytut Ochrony Przyrody PAN, a urządzenia do odbioru i przetwarzania danych podarował Polkomtel S.A. - operator telefonii komórkowej Plus GSM.
Druga obroża czeka na kolejnego niedźwiedzia.
Do tej pory zwierzęta były monitorowane dzięki obrożom wyposażonym w nadajniki radiowe. Wadą tego rozwiązania jest zbyt rzadkie dostarczanie informacji o położeniu niedźwiedzia.
- Teraz, dzięki współpracy z Polkomtelem, 2 nasze niedźwiedzie będą monitorowane praktycznie bez przerwy, a to da o wiele dokładniejsze informacje - mówi Paweł Skawiński, dyrektor TPN.
Żeby jednak bateria mogła dłużej działać, z czasem częstotliwość ich wysyłania zostanie zmniejszona do 8 godzin, a potem nawet do doby. Bateria w jej obroży powinna starczyć na co najmniej 2 lata.
Obroża została założona samicy zsynantropizowanej. Zwierzę musiało zostać chwilowo uśpione. Przy okazji pracownicy parku dokonali w tym czasie pomiarów stopy i łapy, ocenili jej wagę, pobrali do badań genetycznych sierść. Niewątpliwie taki monitoring bardzo dostarczy wielu cennych inforamcji o tym największym drapieżniku Tatr. Da dokładne informacje o przemieszczaniu się niedźwiedzia, pokaże obraz aktywności dobowej, wskaże miejsca gawry, moment zapadnięcia w sen zimowy.
- Będziemy wiedzieć, gdzie niedźwiedź żeruje, czy zbliża się do osad ludzkich - schronisk, czy do koszarów z owcami. Czy wykorzystuje do żerowania szlaki. Ta ostatnia informacja pozwoli wytypować miejsca niebezpieczne dla turystów. To z kolei spowoduje, że będziemy takie miejsca mogli wyłączyć z ruchu turystycznego albo skierować tam większą liczbę naszych patroli - opowiada Paweł Skawiński. Niedźwiedzica pokonuje w ciągu dnia bardzo duże odległości, nie ma areału osobniczego tak ściśle określonego, jak nam się wydawało. Tej samej nocy bywa w okolicy Magury Spiskiej po stronie słowackiej i w rejonie Łysej Polany - mówi dyrektor.
Swoją drogą to ciekaw jestem jak wysyłanie smsów sprawdzi się w praktyce? Jak telefon komórkowy poradzi sobie z brakiem zasięgu np. w Dolinie Roztoki, a bateria w warunkach niskich temperatur?

15.11.2006 r. - Fotokomórki przy wejściach do Tatrzańskiego Parku Narodowego
Jest to najnowszy pomysł TPN na rozładowanie tłoku na szlakach.
Przed wejściem na najbardziej popularne szlaki mają zostać zamontowane fotokomórki. Na specjalnych wyświetlaczach będzie się pojawiała liczba turystów, która weszła na dany szlak. Taka informacja może zniechęcić wielu turystów do wejścia na zatłoczoną trasę. W tym samym czasie, gdy do Morskiego Oka wędruje kilka tysięcy osób, w innych rejonach Tatr przebywa kilkunastu turystów. W niektórych bardziej popularnych miejscach, jak np. na Giewont w okresie największego nasilenia się ruchu latem pojawiają się nawet kolejki oczekujących na wejście na szczyt.

24,25.10.2006 r. - Liczenie kozic
W czasie ostatniego, październikowego liczenia kozic pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego i słowackiego TANAP naliczyli 580 kozic, z tego po polskiej stronie Tatr 108 sztuk.
Jeszcze na początku lat 80-tych poprzedniego stulecia w Tatrach żyło 1000 kozic. Później nastąpiło gwałtowne załamanie, ale od paru lat przyrodnicy obserwują niewielki, ale stabilny wzrost liczby tych zwierząt.
W czasie wiosennego liczenia, w całych Tatrach było 486 kozic, po polskiej stronie Tatr 116 sztuk.
Kozice są bardzo ruchliwymi i płochliwymi zwierzętami, dlatego wyniki akcji w przygranicznych rejonach obserwacyjnych po polskiej stronie granicy wymagają konfrontacji z danymi Słowaków. Porównując czas i miejsce konkretnej obserwacji można stwierdzić, czy obserwatorzy po dwóch stronach granicy nie podliczyli tych samych kozic jednocześnie.

październik 2006 r. - Tatrzańskie orły doczekały się potomstwa
W polskich Tatrach wykluło się pierwsze od kilku lat pisklę orła przedniego. Dotąd obserwowano tam jedynie dwa żyjące na wolności dorosłe osobniki. Ze względu na bezpieczeństwo ptaków, naukowcy z Tatrzańskiego Parku Narodowego przez kilka miesięcy utrzymywali ten fakt w tajemnicy.
Nieoficjalnie wiadomo, że gniazdo, w którym przyszedł na świat orzeł znajduje się w okolicach Kominiarskiego Wierchu. Dyrektor TPN Paweł Skawiński nie może jednak ujawnić dokładnego miejsca jego usytuowania. "Głównym zagrożeniem dla rodziny orłów są kłusownicy, jednak również zwyczajni turyści skutecznie zakłócają spokój tych ptaków, zniechęcając je do stanowienia rodziny" - mówi Skawiński.
Tłumaczy, że zbliżenie się człowieka nawet na odległość 200 metrów do gniazda grozi porzuceniem przychówku przez rodziców. Eksperci patrolują gniazdo z dużej odległości. Oprócz zainstalowanego systemu monitoringu elektronicznego gniazda obserwują również ruch ludzi poza szlakami.
Dyrektor parku przyznaje, że para obserwowanych orłów, od dawna zakłada tu gniazda. "Ptaki składają jajo w kwietniu, na przełomie maja i czerwca powinno wykluć się młode, by w sierpniu wylecieć z gniazda, a po dwóch latach opuścić je całkowicie" - opowiada przyrodnik. "Niestety przez wiele lat ze złożonych jaj nic się nie wykluwało" - dodaje. Ekspert podkreśla, że wyklucie się młodych zależy od tego, ile spokoju mają jego rodzice. Już w trakcie ruchu godowego orzeł odstępuje od złożenia jaj w miejscach, w których jego spokój zakłócają ludzie, na przykład taternicy penetrujący zbocza gór.

10.10.2006 r. - Buty poleciały w przepaść
Niecodzienną przygodę przeżył turysta opalający się na Granatach. Śmigłowiec TOPR lecący do akcji w rejonie Orlich Turniczek, skąd do Doliny Pańszczycy spadła młoda turystka, podmuchem śmigła zrzucił jego buty i część ubrania w przepaść. Turysta zdołał znaleźć jeden but, na druga nogę założył klapek pożyczony od przypadkowych turystów i w takim ekwipunku zszedł na dół.
Akcja ratowania turystki zakończyła sie pełnym sukcesem. Dziewczyna szybko trafiła do szpitala.

Z kroniki TOPR
W dniu 15.10.2006 r. około godziny 13-tej doszło do śmiertelnego wypadku 20-letniej turystki z Miechowa.
Turystka schodząc z Koziej Przełęczy do Doliny Pustej poślizgnęła się na stromym odcinku szlaku i spadła około 40-50m. W wyniku upadku doznała śmiertelnych obrażeń. O wypadku zawiadomili TOPR taternicy wspinający się na Zamarłej Turni. Na miejsce wypadku ratownicy polecieli śmigłowcem. Lekarz TOPR stwierdził zgon turystki. Ratownikom pozostał tylko smutny obowiązek przetransportowania zwłok.

25 października w trakcie akcji liczenia kozic pracownicy TPN natrafili w rejonie wylotu żlebu z Krzyżnego do Doliny Roztoki na ludzkie szczątki.
Zespół TOPR wspólnie z funkcjonariuszami KP Policji w Zakopanem po przeszukaniu rejonu natrafił również na dokumenty denata. Wszystko wskazuje, że były to szczątki zaginionego w 2002 roku Przemysława G. ze Środy Śląskiej. Przemysław G. zaginął 22 czerwca 2002 roku - wychodząc ok. godz. 16.00 z jednego z pensjonatów. Istniało przypuszczenie, że udał się w góry - nietety nie pozostawił żadnej informacji o swoich planach.
Zginięcie zgłoszono do TOPR kilka dni później, kiedy nie pojawił się w ważnej sprawie w Krakowie. Przeszukiwano rejon Giewontu, oraz penetrowano teren Tatr z pokładu śmigłowca. Niestety nie natrafiono na żaden ślad poszukiwanego. Prawdopodobnie bardzo późne wyjście w góry spowodowało konieczność zejścia z Krzyżnego w ciemnościach, co w dalszej konsekwencji doprowadziło do upadku na którymś z progów żlebu i śmiertelne obrażenia.
Są to oczywiście tylko przypuszczenia.

W dniu 30.11.2006 r. około 13.30, podczas podejścia na Kozią Przełęcz poślizgnęła się na stromych, twardych śniegach i spadła do Dolinki Koziej 27-letnia turystka z Krakowa.
W wyniku upadku po stromym zaśnieżonym stoku i uderzeniach w wystające głazy,turystka doznała poważnych potłuczeń, otarć, chwilowej utraty przytomności, kontuzji głowy, barku.
Powiadomieni o wypadku ratownicy udali się do Koziej Dolinki. Po udzieleniu I pomocy ranna turystka w noszach francuskich została przetransportowana na Halę Gąsienicową i dalej samochodem przewieziona do szpitala. Akcja ratunkowa zakończyła się około 18.30.
Ze względu na złą pogodę w akcji ratunkowej nie można było użyć śmigłowca.

wrzesień 2006 r. - Ubezpieczenie w Tatrach Słowackich
Od 3 miesięcy obowiązuje w górach Słowackich odpłatność za wszelakiego typu akcje ratownicze.
Horska Zachranna Sluzba wycenia, że transport poszkodowanego turysty na niewielka odległość kosztuje: 3,5 do 4 tys. koron, wydobycie lekko rannego taternika ze ściany skalnej (bez dodatkowych komplikacji): 7,5 do 13 tys. koron, trudna akcja ścianowa, długotrwałe poszukiwania: ponad 100 tys. koron.
Ceny ubezpieczeń oferowanych przez 4 słowackie firmy: Generali, Allianz, Union, Kooperativę dla turysty wędrującego po znakowanych szlakach kosztują 500 koron na cały rok, jednodniowe ubezpieczenie 20 koron.
W przypadku taterników, grotołazów, narciarzy, snowbordzistów, lotniarzy, rowerzystów górskich cena ubezpieczenia jest o 100% wyższa: 1000 koron za cały rok i 40 koron za jeden dzień.
Wykupując polisę warto przeczytać długą listę warunków, których przestrzeganie decyduje o wypłaceniu odszkodowania. Np. nie dostanie odszkodowania zasypany śniegiem narciarz, który wyruszył w góry przy drugim lub wyższym stopniu zagrożenia lawinowego.
Do 16 lipca na szesnaście ratowanych osób tylko 2 były ubezpieczone. Wynika to nie tylko ze złej woli wyruszających w góry, ale także z przyczyn obiektywnych. Polski taternik, który zaplanuje jednodniowy wypad do Doliny Kieżmarskiej, nie ma szans, aby w tym dniu ubezpieczyć się.
Nie zrobi tego ani na Łysej Polanie, ani w schronisku przy Zielonym Stawie. Do października tego roku można było wykupić ubezpieczenie tylko w schronisku Rainerowa Chata w Dolinie Zimnej Wody.

wrzesień 2006 r. - Frekwencja w Tatrach Słowackich
Frekwencja turystyczna w lipcu i sierpniu na terenie Słowackich Tatr Wysokich była w tym roku o 5 - 10% wyższa niż w roku ubiegłym. Turystów jednodniowych było o 20 procent więcej.
Wśród osób odwiedzających południową stronę Tatr dominują Polacy, Czesi, Słowacy. Na kolejnych miejscach plasują się – Węgrzy, Niemcy, Rosjanie, Ukraińcy, Austriacy i Anglicy. Liczba turystów wybierających się w góry zależna jest od pogody, ale także od nowego czynnika – tzw. długich weekendów.
Pomysł przeniesienia Chaty pod Rysami (Schroniska pod Wagą) na inne, bezpieczne miejsce upadł definitywnie. Skapitulował – jak się wydaje - największy orędownik tego projektu, chatar (gospodarz schroniska) Viktor Beranek. Świadczy o tym poważna inwestycja w schroniskowej jadalni - kominek z szybą żaroodporną na miejscu dawnego pieca z zielonymi kaflami.

23.07.2006 r. - Skok z Kazalnicy
Najlepszy polski BASE jumper Olek Domalewski 23 lipca skoczył z Kazalnicy Mięguszowieckiej do Czarnego Stawu pod Rysami.
Po udanym skoku zapłacił mandat 100 zł za skok i 100 zł za zwodowanie pontonu.
Jednoczesnie nagłośnił wyczyn w Internecie. W środowisku górskim rozgorzała dyskusja, czy skok był kolejnym tatrzańskim wyczynem, czy też niebezpiecznym precedensem, naruszeniem majestatu Tatr. Paweł Skawiński, dyrektor TPN powiedział "To brak szacunku dla gór rozumianych jako przestrzeń, którą należy chronić. Tatry są parkiem narodowym i wielu działań dobrych lub ciekawych, poza nim, tutaj nie powinno podejmować się. Tatry to nie boisko, gdzie można uprawiać każdy rodzaj sportu.
Martwi mnie ten eksces, to jawne łamanie przepisów na oczach wielu ludzi.. Nadto sfilmowane z czterech kamer i pokazywane w Internecie. Nie jest to więc samotny, intymny wyczyn, lecz popis z góry przewidziany do upublicznienia. Złamanie prawa polegało nie tylko na zejściu ze szlaku w celu niezwiązanym z taternictwem, ale także na pojawieniu się pontonu i ludzi na tafli Czarnego Stawu.
Taki skok oddziałuje na przyrodę, choćby na kaczki krzyżówki pływające po Czarnym Stawie, a przeraźliwy krzyk, który zwykle towarzyszy takim wyczynom, nie mieści się w poważnym traktowaniu przyrody. Może czas pomyśleć o Tatrach, a nie o sobie?”

30.03.2006 r. - Niedźwiedzie już wstały
Kilka ostatnich dni ciepłych dni w Tatrach nie pozostało bez wpływu na przyrodę tatrzańską. Budzą się powoli z zimowego snu niedźwiedzie. Ślady łap zaobserwowali pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego w okolicach Łysej Polany w Tatrach Wysokich oraz w Dolinie Kościeliskiej.

Jako pierwsze budzą się zazyczaj osobniki samotne, natomiast niedźwiedzice wraz z młodymi, które rodzą się pod koniec zimy pozostają nadal w gawrze. Dzięki temu młode mogą być dobrze wykarmione pożywnym mlekiem matki.

Ślady niedźwiedzi obserwowano już wcześniej. np. w połwowie marca widziano ślady młodego niedźwiadka na odcinku czerwonego szlaku pomiędzy Polaną pod Wołoszynem a Równią Waksmundzką.

W polskiej cześci Tatr żyje obecnie ok. 15 niedźwiedzi. Kilka lat temu jednemu z nich udało się załozyć obrożę telemetyryczną, dzięki czemu można śledzić jego ruchy oraz badać jego zachowanie.

29.03.2006 r. - Atlas Tatr w przygotowaniu
Tatrzański Park Narodowy wraz z krakowskim oddziałem Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk o Ziemi przygotowuje wydanie Atlasu Tatr, pozycji, która ma przedstwić obecny stan wiedzy o Tatrach.
Atlas Tatr ma się ukazać w 2010 r. Na początku marca odbyło się spotkanie Rady Programowej Atlasu.

Wydawnictwo jest kontynuacją Atlasu TPN, który został wydany w 1985 r. Przy jego tworzeniu brali udział wybitni naukowcy związani z Tatrami. Obecnie powstała idea stworzenia dzieła, które obejmowałoby całe Tatry.

W skład Rady Programowej Atlasu, która czuwa nad całym przedsięwzięciem wchodzą min, pracownicy TPN, PTPNoZ, słowackiego TANAP: prof. Jerzy Niewodniczański, prof. Adam Kotarba, prof. Stefan Skiba, prof. Zbigniew Mirek, prof. Jan Olędzki, prof. Krystyna Piotrkowska, prof. Andrzej Manecki, dr Paweł Skawiński, dr Zbigniew Krzan, dr Władysław Borowiec, dr Peter Fleischer, Peter Liska, Tomasz Vancura, Maciej Antosiewicz oraz Stanisław Czubernat.

Altas będzie miał charakter mapowy, jednolity dla całych Tatr i zostanie w nim ujętych kilkadziesiąt warstw tematycznych obejmujących środowsko przyrodnicze Tatr.

1.08.2005 r. - Pożar w Słowackich Tatrach Wysokich
Na wiatrołomach pozostałych po zeszłorocznym huraganowym wietrze w sobotę (30 lipca) po południu w o kolicy Drogi Wolności między Tatrzańską Polanką a Szczyrbskim Jeziorem wybuchł pożar.
Początkowo ogień objął pięć hektarów, ale porywisty wiatr szybko rozprzestrzeniał go w stronę Nowego Smokowca oraz na niezniszczone przez huragan lasy na południowych zboczach Sławkowskiego Szczytu. Niestety, w rejonie Doliny Wielickiej i Sławkowskiego Szczytu, ogień dotarł do pasma kosodrzewiny.

Zamknięte do odwołania są wszystkie szlaki turystyczne w słowackich Tatrach. Na Słowacji obowiązuje też całkowity zakaz wchodzenia do tatrzańskich lasów.
Huraganowy wiatr powalił setki hektarów lasów
na Słowacji w listopadzie ub. roku Zawieszone zostały kursy kolejki szynowej Hrebienok. Wielki pożar, który doprowadził do decyzji o zamknięciu szlaków, strawił już ponad 200 hektarów lasów. Wysokość płomieni dochodziła do 5 m. Pożar objął pas o długości ponad 3 kilometrów. Gaszenie utrudniał niedostępny, wysokogórski teren, dlatego do akcji wysłano trzy śmigłowce i czołg gaśniczy.

Z powodu dużego zadymienia trzeba było ewakuować mieszkańców kilku domów. Do opuszczenia zagrożonego rejonu polecono przygotować się także mieszkańcom kilku pensjonatów i sanatoriów. Na szczęście strażakom udało się opanować ogień. Strażacy przypuszczają, że ogień zaprószył nieostrożny turysta; prawdopodobnie był to niedopałek papierosa.

Dodajmy, że to już 24 pożar, jaki wybuchł od początku roku na wiatrołomach po potężnej wichurze, która nawiedziła Słowację w listopadzie.
Słowaccy strażacy już całkowicie ugasili pożar tatrzańskich lasów. Dzięki ulewnemu deszczowi ogień udało się opanować, ale w poniedziałek rano strażacy nadal dogaszali pojedyncze ogmiska. Z płomieniami walczono od soboty, a 3 sierpnia zdecydowano o odwołaniu stanu zagrożenia. Ogień po słowackiej stronie Tatr pochłonął 230 hektarów lasów.
Ostatnie ogniska pożaru znajdowały się w trudno dostępnym terenie na zboczach Sławkowskiego Szczytu. Strażacy docierali tam śmigłowcami i samochodami terenowymi, specjalnie wyciętymi w wiatrołomach duktami.

Straty materialne wstępnie szacuje się na pół miliona dolarów

29.07.2005 r. - Szczyt sezonu w Tatrach W Tatrach pełnia turystycznego sezonu. Tłumy szturmują szczyty i przełęcze. Koło południa pod szczytem Giewontu tworzą się kolejki.
Codziennie w Tatry wyrusza kilka tysięcy turystów. Najwięcej z nich wybiera się nad Morskie Oko, do Doliny Kościeliskiej oraz na Giewont. Pół kilometra od szczytu, w miejscu, gdzie zaczynają się łąńcuchy, tworzy się długa kolejka. Trzeba w niej czekać nawet kilkanaście minut.

Warunki turystyczne w Tatrach są w miarę dobre. Szlaki są suche, jest dosyć ciepło. Tylko wysoko wciąż zalegają niebezpieczne płaty starego śniegu, na które lepiej nie wchodzić.
We wtorek 19.07 w czasie wycieczki do Doliny Strążyskiej zemdlał 17-letni turysta z Włoszczowej. Przybyli na miejsce ratownicy stwierdzili u niego odwodnienie spowodowane zatruciem pokarmowym i przewieźli go do szpitala.

W środę 20.07 z Pięciu Stawów do szpitala śmigłowcem przetransportowano Litwinkę, która doznała bolesnej kontuzji nogi.

We czwartek 21.07 do TOPR zadzwoniła turystka informując, że jest z bratem przy dolnej stacji wyciągu w Dolinie Roztoki. Brat traci przytomność.
Na miejsce wypadku ratownicy polecieli śmigłowcem. Po desancie przy oczekującym na pomoc mężczyźnie lekarz TOPR udzielił mu I pomocy.
Chory został umieszczony w noszach francuskich i wraz z ratownikami podebrany na długiej linie i przeniesiony na lądowisko w Stawach. Stamtąd na pokładzie śmigłowca poleciał do szpitala.

Wieczorem do TOPR dotarła wiadomość, że samotny taternik, wspinający się na Kazalnicy, utknął pod okapami, gdyż podczas zjazdu zakleszczyła mu się lina. Po nawiązaniu łączności z pechowcem ustalono, że nie ma żadnej kontuzji i może w ścianie poczekać na pomoc do rana.

Następnego dnia wcześnie rano ekipa ratowników udała się ze sprzętem na Kazalnicę, gdyż ze względu na kiepską pogodę nie można było użyć śmigłowca.

W zestawie Gramingera w ścianę został opuszczony ratownik, podebrał taternika i zwiózł go do podstawy ściany. Trudna technicznie akcja ratunkowa zakończyła się przed godz. 14.00.

W niedzielę 24.07 znad Morskiego Oka przetransportowano śmigłowcem do szpitala 53-letniego turystę ze Starego Sącza z podejrzeniem zawału serca.

W Tatrach na wszystkich szlakach jest sporo turystów. Trudno się dziwić, że zdarzają się kontuzje. Ratownikom pozostaje tylko apelować o rozwagę, mniej pośpiechu, co można osiągnąć, wychodząc w góry wcześnie rano, tak by przed zmrokiem dotrzeć do celu wycieczki lub powrócić na kwaterę.


7.07.2005 r. - Tatry zadeptane przez turystów (w oparciu o Gazetę Krakowską)
Z dnia na dzień wzrasta liczba turystów na tatrzańskich szlakach. Rozpoczyna się letni sezon turystyczny. Z jednej strony górale cieszą się, że będzie można zarobić sporo pieniędzy, z drugiej przyrodnicy załamują ręce nad dewastacją przyrody. Niestety, turyści zadeptują Tatry. Od kilku dni szlaki turystyczne przeżywają prawdziwe oblężenie żądnych poznania gór przyjezdnych z całej Polski i Europy. Jak co roku, najtłoczniej jest na drodze do Morskiego Oka. - Rzeczywiście, trasa z Palenicy Białczańskiej to swoisty rekord - potwierdza Lesław Oprowski z Tatrzańskiego Parku Narodowego. - To chyba najbardziej zadeptywana część Tatr. Inne - równie popularne rejony Tatr to doliny Kościeliska i Strążyska. Ta ostatnia to jedna z najpopularniejszych tras na Giewont. - Teraz wchodzi do nas pół do tysiąca osób - informuje nas pan bileter. - Często zależy to od pogody - jak świeci słońce automatycznie turystów jest więcej.

Niestety, taka liczba odwiedzających Tatry nie jest obojętna dla tatrzańskiej przyrody. Ruch turystyczny dosłownie i w przenośni niszczy najbliższą okolice ścieżek i same szlaki. Niszczone jest kamienne utwardzenie ścieżki, pobocza i ich okolica. Płoszona jest zwierzyna. Co gorsza nadal mimo wielu apeli wchodząc w Tatry śmieci rzucamy gdzie popadnie. Codziennie wyspecjalizowane firmy zbierają tonę odpadów na szlakach. Innym problemem jest bieganie "za potrzebą" do pobliskich krzaczków. Do ustawionych darmowych przenośnych toalet albo jest za daleko, albo też kolejka zniechęca nas do korzystania z nich. Szukamy więc ulgi w kosówce lub dyskretnie za drzewkiem. Dla przyrody ma to negatywne skutki. Pośrednio zapewne i dla mieszkańców Podhala, którzy piją przecież wodę z ujęć z tatrzańskich potoków.
Jak się okazuje turyści nadal również nie do końca zdają sobie sprawę z trudów, jakie czekają ich na górskich ścieżkach. We wspomnianej już dolinie Strążyskiej codziennie zdarzają się osoby, które chcą iść na Giewont w klapkach lub eleganckim skórzanym obuwiu. Tych pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego często przestrzegają, ale nie zawsze odnosi to skutek. Formalnie rzecz biorąc mogą tylko ostrzegać. Zatrzymywać na siłę nikogo się nie da.

1.07.2005 r. - Co z Sokołem? (w oparciu o PAP)
Po kilkumiesięcznych staraniach udało się zebrać brakujące ponad 2 mln zł, które Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe winne było fabryce w Świdniku za remont kapitalny śmigłowca Sokół. Naprawa rozbitej w 2003 r. maszyny kosztowała 6 mln zł.

Minister spraw wewnętrznych i administracji Ryszard Kalisz zwiększył plan wydatków i teraz łączna kwota dotacji z MSWiA dla TOPR, z przeznaczeniem na sfinansowanie remontu śmigłowca, wyniesie 1 mln 344 tys. zł - powiedział naczelnik TOPR, Jan Krzysztof.

Ponad 500 tys. zł dołoży na ten cel TOPR. Większość tej kwoty stanowią pieniądze przekazane pogotowiu przez Tatrzański Park Narodowy, w formie części wpływów ze sprzedaży biletów wstępu w Tatry. Kolejne 100 tys. zł pochodzić będzie z fundacji "Śmigło dla Tatr".

Dzięki temu sprawa uregulowania należności za remont śmigłowca zostanie załatwiona do końca przyszłego tygodnia. W sprawie odsetek od zadłużenia będziemy jeszcze negocjować z fabryką w Świdniku - dodał Jan Krzysztof.

Większość z 6 mln zł za remont śmigłowca zapłacono fabryce już przy odbiorze maszyny w lutym. Pieniądze pochodziły przede wszystkim z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, część, głównie z ubezpieczenia rozbitej maszyny, dołożyło TOPR. Zakup nowego Sokoła kosztowałby ok. 20 mln zł.

Śmigłowiec TOPR uległ wypadkowi w Tatrach pod koniec stycznia 2003 r., uczestnicząc w akcji na lawinisku pod Rysami, podczas poszukiwania ciał tyskich licealistów. Pilot zmuszony był do awaryjnego lądowania po wyłączeniu się w krótkim odstępie czasu obydwu silników maszyny. Prokuratura oskarżyła pilota o spowodowanie wypadku śmigłowca, ale sąd uniewinnił mężczyznę.

Pomimo deklaracji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe wciąż jeszcze nie otrzymało z resortu pieniędzy, które pozwolą uregulować długi za remont śmigłowca sokół.

W czerwcu ministerstwo przeznaczyło 1 mln 344 tys. zł na opłacenie remontu śmigłowca sokół. Brakujące 656 tys. zł TOPR pokryje ze środków pochodzących z akcji społecznej "Śmigło dla Tatr" oraz z pieniędzy pochodzących z biletów wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Ratownicy mieli nadzieję, że problem długu uda się rozwiązać jeszcze w lipcu.

- Pieniędzy wciąż nie ma, ale dostaliśmy zapewnienie z ministerstwa, że w krótkim czasie pojawią się na naszym koncie - mówi Jan Krzysztof, naczelnik TOPR. - Podpisaliśmy już umowę i wysłaliśmy do Warszawy. Ale to nie koniec naszych problemów ze śmigłowcem. Na pewno od 2007 roku będziemy potrzebowali więcej pieniędzy na przeglądy. Mamy jednak nadzieję, że do tego czasu uda się wprowadzić do budżetu ministerstwa stały wydatek związany z naszym "Sokołem".

11.05.2005 r. - Siwa w natarciu (info w oparciu o Tygodnik Podhalański
Niedźwiedzica, która w zeszłym tygodniu goniła turystę w Dolinie Strążyskiej- to Siwa. Jeszcze nie jest synantropem, ale już zatraciła lęk przed człowiekiem. Planowano założyć jej obrożę telemetryczną , ale do tej pory nie udało się.
Dzięki obroży pracownicy Parku Tatrzańskiego cały czas mogliby kontrolować miejsce jej pobytu. Gdy zbliży się do szlaków, będzie można taką trasę zamknąć lub odstraszyć mamę małych misów gumowymi kulami.
W zeszłym tygodniu turysta z Gdyni robił w Dolinie Strążyskiej zdjęcia małym misiom. Podszedł zbyt blisko, a w krzakach młodych pilnowała mama. Niedźwiedzica rzuciła się w pogoń za trusytą, który schronił się na drzewie, a wcześniej skręcił nogę.

W zeszłym roku ta sama niedźwiedzica również z trzema małymi zamieszkała w Dolinie Kondratowej i z tego powodu leśnicy zamknęli tamtejszy szlak.

16.03.2005 r. - Lawina za lawiną
W nocy z 9 na 10 marca dość duża lawina zeszła Siwarnym Żlebem ze stoków Wołoszyna. Przebiła się przez las i przewaliła się nad i pod mostem przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Czoło lawiny zatrzymało się ok. 30 m poniżej mostu. Na drodze do Morskiego Oka powstał wał o wysokości ok. 1 m. Z historii tego miejsca wynika, że poprzednia lawina zeszła tam w roku 1976, całkowicie odcinając schronisko w Morskim Oku od świata.( kwartalnik Tatry, wiosna 2005)

Droga do Morskiego Oka 30 marca 2005 r. Potężna lawina zeszła 13 marca po południu Żlebem Żandarmerii, tarasując drogę do Morskiego Oka. Czoło lawiniska miało ok. 100 m szerokości i 6 m grubości i znajdowało się na Rybim Potoku.
Żleb Żandarmerii (Głęboki Żleb) z lawinami wtórnymi 30 marca 2005 r. TPN zamknął dla turystów drogę z Włosienicy do schroniska nad Morskim Okiem. Wędrowcy, którzy mimo czwartego stopnia zagrożenia lawinowego zdecydowali się wybrać nad największe tatrzańskie jezioro, korzystają z wyznaczonego niebieskimi tyczkami trudnego zimowego obejścia. Choć nikłe jest prawdopodobieństwo, że lawina mogła porwać turystę, to - jak tłumaczy leśniczy z Morskiego Oka Krzysztof Cudzich - nie można wykluczyć, że ewentualna ofiara odnajdzie się dopiero po roztopach. Jeszcze kilka dni później na 1,5-kilometrowy odcinek drogi schodziła lawina za lawiną Śnieg zsuwał się ze wschodnich, silnie nasłonecznionych zboczy Opalonego - w ciągu godziny przed południem pracownicy schroniska, ratownicy TOPR i leśnicy zaobserwowali z okna schroniska 4 lawiny, a jedną udało się nawet sfilmować. Złą sytuację potęgował porywisty wiatr, który przenosił śnieg z miejsca na miejsce. To ruchome piaski - komentowano nad Morskim Okiem.

tak wyglądało Morskie Oko 2 tygodnie po zejciu lawiny W środę 16 marca kolejna wielka lawina zeszła z Marchwicznego Żlebu. Podmuch wstrząsnął fundamentami budynku. Ze schroniska ewakuowano kilku turystów. Nikomu nic się nie stało. Nie ucierpiał też budynek, ale zagrożenie było tak duże, że zarządzono ewakuację. Lawina przebiła taflę lodu na stawie, tworząć wielką falę, która wraz z połamanymi krami, zerwała mostek na potoku wypływającym z Morskiego Oka i przesunęła go kilkanaście metrów w dół. Turystów w tym czasie tam nie było, ponieważ szlak od kilku dni był zamknięty właśnie ze względu na zagrożenie lawinowe.



19.02.2005 r. - Sokół znów w Tatrach
Po dwóch latach nieobecności, powrócił w Tatry należący do TOPR-u śmigłowiec Sokół. TOPR podpisał umowę na odsługę Sokoła z firmą HELISECO ze Świdnika, nie chcąc już korzystać ze źle układającej się współpracy z LPR-em. Przejął też heliport przy szpitalu. Śmigłowiec nie musi więc stać na zaimprowizowanym lądowisku w okolicy siedziby TOPR-u. Nie zapłacono jeszcze całej kwoty za remont śmigłowca. TOPRowi brakuje 2 mln zł. Czynione są starania o pozyskanie pieniędzy z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.
Za loty śmigłowca płacić będzie pośrednio TPN, gdyż na ten cel przeznaczona będzie część wpływów z biletów wstępu na teren parku.

Wyremontowany śmigłowiec przystosowany jest do działań w górach. Posiada windę i odpowiednie zaczepy do montowania lin do desantu lub działań ratowniczych na tzw. długiej linie. Z pieniędzy zebranych w czasie akcji ,,Śmigło dla Tatr” zakupiono specjalistyczne wyposażenie medyczne. Śmigłowiec będzie wyposażony tak, jak karetka reanimacyjna.

21.11.2004 - Z Kroniki TOPR
W niedzielę 21 listopada dwójka turystów wyjechała na Kasprowy Wierch. Mimo fatalnych warunków: padającego śniegu, mgły i silnego wiatru i wysokiego stopnia zagrożenia lawinowego zdecydowała się przejść granią do Przełęczy pod Kopą Kondracką.
Ok. 16.30 turyści zdecydowali się powiadomić TOPR, że znajdują się w okolicach Suchych Czub Kondrackich i nie są w stanie iść dalej. Szlak był całkowicie zasypany, mgła, zapadający zmrok a turystka zaczęła tracić siły i stanęła przed groźbą odmrożeń.
Z pomocą ruszyło 5 toprowców. Od Kalatówek zaczęły się duże zaspy śnieżne. Ze względu na zagrożenie lawinowe ratownicy w okolicach Hali Kondratowej podchodzili granią Łopaty. W okolicach Suchego Wierchu Kondrackiego spotkali zziębniętą dwójkę turystów, którą potem sprowadzili na Kalatówki i dalej skuterem śnieżnym odtransportowali do Zakopanego.
Tak więc w górach zaczęła się na zima na dobre. Ta przygoda dwójki turystów skończyła się jedynie na strachu, jednak należy pamiętać, że południowe zbocza grani biegnącej od Przełęczy Świnickiej przez Kasprowy Wierch do Ciemniaka są bardzo strome i lawiniaste.

20.11.2004 - Dzień Ratownika
Tym razem coroczny Dzień Ratownika był obchodzony w największym schronisku w Tatrach Polskich w Dolinie Chochołowskiej. Zwykle świętowano go w Morskim Oku, ale w tym roku zabrakło tam miejsca.
Po mszy świętej i krókim walnym zebraniu ropoczęło się przyrzecznie. Na ręce naczelnika TOPRu Jana Krzysztofa złożyło przyrzeczenie 16 kandydatów: Stanisław Bobak, Jarosław Caban, Mateusz Dembiec, Marcin Firczyk, Bartłomiej Gąsienica-Józkowy, Klemens Gąsienica-Mracielnik, Rafał Guziak, Michał Kulig, Jędrzej Malinowski, Paweł Nadybal, Przemysław Pawlikowski, Jakub Poburka, Grzegorz Przepiórkowski, Andrzej Stopka, Stanisław Styrczula i Bogdan Zięba. Słowa przysięgi ułożone jeszcze za czasów założyciela TOPRu Mariusza Zaruskiego brzmiały: Dobrowolnie przyrzekam pod słowem honoru, że póki zdrów będę na każde wezwanie naczelnika lub jego zastępcy, bez względu na porę roku, dnia i stan pogody stawię się w oznaczonym miejscu i godzinie.
Obchody Dnia Ratownika uświetnił występ uczniów ze Szkoły Podstawowej w Murzasichlu, przedstawiający scenki z początków ratownictwa. Szkoła ta jako pierwsza otrzymała imię Ratowników Tatrzańskich.
Sami kandydaci również wystąpili, odtańcowując zbójnickiego z czekanami zamiast ciupag.
Cała impreza trwała do rana.
Naczelnik TOPRu Jan Krzysztof twierdzi, że grupa młodych chłopaków, gruntownie wyszkolona znacznie wzmocni siły Pogotowia.

19.11.2004.- Katastrofa pogodowa w Tatrach Słowackich
- Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem - mówi jeden z robotników leśnych w okolicach Maltar patrząc na to co pozostało z lasu. Całe kilometry połamanych i powyrywanych z korzeniami drzew.
- To dopiero początek, zabaczycie jak wygląda Smokowiec, Wyżnie Hagi, Szczyrbskie Jezioro, Podbańska - dodaje.
Piątek 19 listopada 2004 na długo zapisze się w historii Tatr. Wiejący w ten dzień silny północny wiatr omijając Tatry Wysokie i spadając z południowych zboczy rozpędził się do olbrzymich prędkości. Z potężną siłą uderzył w strefę lasów na wysokości 1200 m n.p.m. Prędkość wiatru dochodziła do 170 km/h. W ciągu 3 h położył on drzewa w strefie o szerokości 3 km i długości 60 km. Rejon wokół Tatr do piątku porośnięty gęstym lasem od Podbańskiej przez Szczyrbskie Jezioro, Wyżnie Hagi, Nową Polankę, Stary Smokowiec, Tatrzańską Łomnicę do Maltar jest pusty i zdewastowany. Teraz drzewa z góry wygladają jak po uderzeniu meteorytu tunguskiego. Stare 80 - 120 letnie drzewa zostały przewrócone jak zapałki w jednym kierunku: z północy na południe.
Wichura powaliła 12 000 ha lasu, w sumie 2,5 mln m3drzew, co stanowi 90% wyrębu całej Słowacji w ciągu roku. Poza Tatrami ucierpiała część Orawy i górnego Hronu. Natomiast w okolicach Wyżnich Hag Droga Wolności, prowadząca wokół Tatr została zablokowana na odcinku 4 km, przez olbrzymi, 6 m wysokości zator.
Po 50 h zdołano dotrzeć do ośrodka leczenia chorób płuc, również koło Wyżnich Hag, gdzie pacjenci i lekarze pozostawali odcięci od świata zawaleni połamanymi drzewami.
"To narodowa katastrofa. Tatry są perłą Słowacji i to, co się stało, to tragedia. Nie tylko dla Tatr, ale i dla całej Słowacji" - mówił burmistrz rejony Vysoke Tatry Jan Mokosz.
Wg ministra ochrony środowiska została zniszczona tak wielka ilość drzew, że zastąpienie ich nowymi sadzonkami zajmie od 5 do 7 lat.
Minister rolnictwa wydał zakaz wchodzenia do lasu, ze względu na groźbę złamania się kolejnych drzew.
Dwa dni po katastrofie w wielu miejscowościach podtarzańskich nadal nie było prądu
Na razie wiadomo o dwóch ofiarach, jedną jest mieszkaniec Tatrzańskiej Łomnicy, który zginął w swoim samochodzie przygnieciony przez spadające drzewa.
Drugą ofiarą był czeski turysta w Tatarch Niżnich, który wraz z dwójką innych turystów szedł po grani. Podmuch zepchnął go do Doliny Kumsztowej, gdzie poniósł śmierć.
Drzewa również zalegają na trasach narciarskich, co może spowodowac opóźnienia w otwarciu sezonu narciarskiego.

Ostatnie silne wiatry nawiedziły Słowację w 1981 r. Wtedy wiatr też łamał drzewa, ale to nie był kataklizm. Wtedy uprzątanie szkód zajęło 7 lat.
W 1915 r. podobny obszar nawiedziła także nawałnica, ale straty nie były nawet w połowie tak wielkie jak teraz.
Zobacz zdjęcia na słowackich stronach: zdjęcia







22.03.2004 - Nie będzie nowych przejść granicznych w Tatrach
Polsko-Słowacka Komisja Międzyrządowa ds. Współpracy Transgranicznej przygotowuje porozumienie pomiędzy Polską i Słowacją w sprawie zasad poruszania się po szlakach nadgranicznych oraz zasad ich utrzymywania.
Jedynym przejściem granicznym w górach, będzie istniejące już przejście graniczne na Rysach.
Przed wojną Polacy licznie przechodzili na południową stronę Tatr przez Liliowe, Ciemne Smmreczyny, Dolinę Hlińską do Popradzkiego Stawu i Szczyrbskiego Jeziora lub przez Liliowe, Zawory, Dolinę Koprową na Krywań, czy przez Liliowe, Ciemne Smreczyny, Wrota Chałubińkiego do Morskiego Oka i dalej przez Rysy na Wysoką.
Dzisiaj możemy te czasy wspominać ze łzą w oku, czytając o tym np. "W stronę Pysznej" Zielińskiego. Po drugiej wojnie światowej wiele szlaków zostało zamkniętych, szlak przez Liliowe uznano dodatkowo za szczególnie zagrożony lawinami.
Przez pewien czas nie pozwalano także turystom chodzić szlakami wzdłuż granicy, np. na Czerwonych Wierchach oraz niektórymi szlakami do niej dochodzącymi.
Jednak po zniesieniu tego zakazu nie wolno już było przekraczać granicy w górach. Jedynym wyjątkiem był Kasprowy Wierch, gdzie przez krótki czas istniał posterunek WOP.
Później nastąpił okres dalszego zamykania szlaków; na polecenie WOP zlikwidowano szlak nadgraniczny z Polany Stara Roztoka przez Wantę do Morskiego Oka. Część szlaków zniknęła ze względu na powstanie parków narodowych po obu stronach Tatr. Przykładem może byc czerwony szlak na Gładką Przełęcz w Dolinie Pięciu Stawów, który zamknięto w latach 60-tych.
Obecnie turyści chcący dostać się w Tatry Słowackie muszą korzystać z przejść granicznych w Łysej Polanie, Chyżnem i Chochołowie-Suchej Horze lub w okresie letnim z górskiego przejścia graniczngo na Rysach.
W ostatnich latach wiele mówiono o negocjacjach prowadzonych ze stroną słowacką w sprawie otwarcia nowych górskich przejść granicznych. Podczas spotkań przedstawiciele Polski i Słowacji brali pod uwagę Kasprowy Wierch, Tomanową Przełęcz, Jarząbczy Wierch, Wołowiec i Bobrowiecką Przełęcz a także Molkówkę leżącą poza granicami Tatrzańskiego Parku Narodowego. Analizowano gęstość szlaków oraz natężenie ruchu turystycznego. Szukano miejsc, gdzie po obu stronach granicy istnieje duże podobieństwo pod tym wzlędem.
Propozycja Molkówki została odrzucona, ponieważ leży na terenie korytarza ekologicznego. Zwierzęta migrują nim z okolic Magury Witowskiej w kierunku Babiej Góry. Przeciwko temu przejściu przemawia również brak szlaku po stronie słowackiej.
Bobrowiecka Przełęcz nie nadaje się na przejście graniczne, gdyż istnieje duża dysproporcja w ruchu turystycznym po polskiej i słowackiej stronie granicy. Tereny słowackie są dzikie, gdzie rzadko zapuszczają się turyści, a dodatkowo stanowią one ostoję wilka i rysia.
Wołowiec spełnia wymagania związane z równomiernym natężeniem ruchu, jednak Słowacy się nie zgodzili na założenie tam przejścia.
Jarząbczy Wierch odpada, ze względu na zbyt dużą wysokość - agumentuje komisja.
Wygląda na to, że celnicy na wysokości 2137 m n.p.m. muszą korzystać już z masek tlenowych, na które zabrakło środków. Wg mnie duża wysokość to argument dość słaby, stoi raczej za tym brak dobrych chęci.
Tomanowa Przełęcz zaś, była w dawnych czasach dogodnym szlakiem handlowym i przemytniczym na Liptów. Korzystali z niego uciekinierzy w czasach wojen i powstań. Jednak komisja twierdzi, że czas podejścia od strony Polskiej (z Kir) zabiera ok 3 h, ze strony słowackiej (z Podbańskiej) ok. 6-7 h. Komisja ocenia sumaryczny czas wycieczki w jedną stronę na 10 h, co jest czasem zbyt długim. Istnieją prawdopodobnie obawy, zwiększenia ilości turystów powracających nocą przez Dolinę Tomanową Liptowską i spotkania się z jednym z dwóch niedźwiedzi, które tam występują. Poza tym tereny te są ostoją świstaka i kozic, co dyskwalifikuje Przełęcz Tomanową.
kasprowy wierch został wykluczony ze względu na znaczną dysproporcję w ruchu turystycznym. Po polskiej stronie dociera tam ok. 1500 turystów, natomiast w Dolinie Cichej wędruje kilku turystów dzienne.
Komisja polsko-słowacka zajmuje się ponadto uporządkowaniem kwestii poruszania się i remontów szlaków granicznych. Okazuje się, że 80% szlaków biegnie po stronie słowackiej nawet do 200 m w głąb terytorium. Do tej pory szlaki te były remontowane tylko przez TPN dlatego, że strona polska generowała niemal 100% ruchu turystycznego. TPN nie zamierza się z tego wycofać, chce jednak usakncjonować prawnie tego typu działania. Dawniej wydawnie pieniędzy TPN poza granicami Parku i w dodatku na terenie innego państwa było niezgodne z prawem. Dodatkowo takie porozumienie umożliwi uzyskanie dotacji z Unii.
TPN zamierza w najbliższym czasie wyremontować odcinek szlaku z Kasprowego na Beskid. W przeszłości ten 800 metrowy odcinek scieżki miał szerokość 1 m, dzisiaj 20 m. Pieniądzę na remont i korektę szlaku pokryją Polskie Koleje Linowe za użytkowanie Kasprowego Wierchu.

19.03.2004 - Obudził się pierwszy niedźwiedź w Tatrach
Zwierzę od kilku dni spaceruje w rejonie jednej z popularnych dolin reglowych w Tatrach Zachodnich. Ostatnio widziany był w rejonie Doliny Kościeliskiej.
Według dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego Pawła Skawińskiego, tropy obserwowane przez pracowników parku wskazują, że przebudzony niedźwiedź to prawdopodobnie bardzo duży samiec.
Nie należy się do zwierzęcia zbiliżać, karmić go ani fotografować.
- Obudzony osobnik kręci się w jednej z dolin reglowych, zostawiając ślady na śniegu. Identyfikujemy niedźwiedzie po wielkości łap, a ten ma rozmiar między 24 a 26 cm. To bardzo duży osobnik. Wszystko wskazuje na to, że jest to samiec. Świadczyć o tym może również fakt, że porusza się samotnie - powiedział dyrektor Skawiński. Dodał, że niedźwiedzice, które mają tegoroczne młode, oraz samice, opiekujące się rocznymi niedźwiadkami, będą aktywne dopiero na przełomie kwietnia i maja.
W ostatnich dniach w Tatrach ociepliło się, w partiach reglowych temperatura powietrza w dzień jest już na ogół dodatnia. Wciąż jednak w górach leży sporo śniegu - od około 30 do 145 cm. W całych Tatrach bytuje około 50-60 niedźwiedzi brunatnych, a po polskiej stronie tych gór mieszka ok. 15 osobników

19.03.2004 - Zmiana zasad zamykania szlaków w Tatrach
Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe zamierza w przyszłości odejść od dotyczasowego systemu zamykania szlaków w związku zagrożeniem lawinowym. Ratownicy twierdzą, że zakazy wystawiane w górach są nieskuteczne. Jedną z przyczyn takie stanu rzeczy był brak nadzoru nad znakami. Nie należało do rzadkości spotkanie podrdzewiałych tablic informujących o zagrożeniu lawinowym w czerwcu, kiedy po śniegu nie było juz śladu. Trudno się spodziewać, żeby ludzie nie ignorowali takiego sytemu znakowania. Naczelnik TOPR, Jan Krzysztof zamierza zastąpić obecny system zakazów systemem ostrzegania, połączonym z intensywną kampanią edukacyjną turystów. Chodzi o to, aby każdy wchodzący na szlak człowiek brał na siebie odpowiedzialność. Zamykanie i otwieranie szlaków daje ludziom złudne poczucie bezpieczeństwa, bo szlak otwarty uważają za bezpieczny. Kiedy jest śnieg lawina może zejść zawsze, nawet przy otwartym szlaku.
Dyrektor TPN, Paweł Skawiński uważa, że ostrzeżenia są bardziej skuteczne od najsurowszych zakazów.
Tego typu system stosuje sie już na świecie, jednak skuteczne jego wprowadzenie na polski grunt będzie wymagało czasu i wieloletniej edukacji społeczności górskiej.

16.02.2004 - Zagrożenie lawinowe w Tatrach - dostępne tylko dolinki reglowe
Kilka dni opadów śniegu w Tatrach zwiększyło znacznie zagrożenie lawinowe. Dzis TOPR ogłosił 4, czyli duży stopień zagrożenia lawinowego. Prawdopodobieństwo zejścia lawiny istnieje już przy małym obciążeniu dodatkowym na większości stromych stoków. Możliwe jest również samorzutne schodzenie średnich i dużych lawin. Zamknięte są wszystkie szlaki turystyczne powyżej schronisk oraz kilka innych szlaków, gdzie niebezpieczeństwo zejścia lawin jest znaczne. Min. cała Dolina Roztoki od Wodogrzmotów Mickiewicza do Dol. 5 Stawów. Więcej informacji znajdziesz na stronach TPN i TOPRu.

6.02.2004 - Zakończenie konkursu internetowego "Bezpieczne Tatry" i wręczenie nagród
Konkurs rozpoczął się 3 listopada. Przez prawie 3 miesiące codziennie na stronie http://bezpieczne.tatry.pl/ ukazywały się pytania dotyczące głównie bezpieczeństwa turysty w Tatrach. Poziom trudności pytań konkursowych był bardzo zróżnicowany; od pytań o to, czy turysta wybierający się do jaskini powinien być wyposażony w latarkę do pytań o okoliczności pierwszego wykorzystania śmigłowca do zadań ratowniczych w Tatrach, czy uprawnień przewodnika IVBV.
Konkurs został zorganizowany przez TOPR, TPN i Urząd Miasta Tychy. Celem jego było zwiększenie poziomu wiedzy z dziedziny bezpieczeństwa w Tatrach. Jeżeli w jego wyniku uda się uratować choćby jedno życie ludzkie, to praca włożona w jego zorganizowanie miała sens.
Splendoru całej akcji dodali chojni sponsorzy. Do zdobycia było kilkanaście atrakcyjnych nagród ufundowanych przez Radio RMF, Alpinus, Urząd Miasta Tychy oraz TPN. Do udziału w konkursie zarejestrowało się 916 osób.
Najlepsi uczestnicy - a było ich czworo - odpowiedzieli na 88 pytań z 91 zadanych. Są to w kolejności alfabetycznej: Maciej Dambski - Paryż (Francja), Kinga Kokoszka - Kraków, Małgorzata Ociepińska - Jaworzno i Jan Rakowicz - Konin.
O jeden punkt mniej (87) zgromadziły trzy osoby. Są to: Piotr Budzyna - Gliwice, Kaja Jurek - Falsztyn i Mariusz Kotas - Kraków. Trzecie mniejsce (86 punktów) uzyskali Bartłomiej Bochnak - Rabka i Dagmara Jurek - Falsztyn.

29.01.2004 - Śmierć czwórki grotołazów w lawinie w Małej Świstówce
Anna Antkiewicz wraz z grupą grotołazów z Sądeckiego Klubu Taternictwa Jaskiniowego PTTK Nowy Sącz "Beskid" zamierzała zejść do Jaskini Małej. 51-letnia Antkiewicz, była doskonałym kierownikiem wyprawy, ponad rok temu dokonała sensacyjnych odkryć wielkich korytarzy w Jaskini Małej. Tym razem chciała prowadzić dalszą eksplorację w warunkach zimowych kiedy ilość wody w jaskini jest najmniejsza. Otwierają się wtedy nowe możliwości eksploracyjne, których nie można oczekiwać w innych porach roku.
Kilka dni wcześniej otrzymała w TPNie zezwolenie na wejście do Jaskini Małej. Takie wyjścia są bowiem reglamentowane, nie każdy turysta może tam się wybrać.
- Ale Antkiewicz była doświadczona. Otrzymała zezwolenie, przecież tatrzańska speleologia tak wiele jej zawdzięcza - mówi Zbigniew Ładygin z Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Kilka dni przed tragedią w Tatrach utrzymywał się wysoki - trzeci stopień zagrożenia lawinowego. Kiedy pokrywa śniegowa się utrwaliła, TOPR ogłosił drugi stopień. Należy pamiętać, że nadal na stromych stokach możliwe było wyzwolenie lawiny. Wtedy Antkiewicz zdecydowała się na wyprawę wejścia jaskini.
W środę wyszła w góry z trójką przyjaciół: Magdą J., Danielem R. i Piotrem T. Mieli tylko przetrzeć drogę do jaskini. Samo wejście i eksplorację grupa zaplanowała bowiem na czwartek. W miejscu zakwaterowania w Zakopanem podali, że zamierzają wrócić późnym wieczorem w środę. Kiedy się nie pojawili, a ich telefony komórkowe nie odpowiadały, pozostali w Zakopanem grotołazi zaalarmowali TOPR. W czwartek o świcie w rejon Jaskini Małej w pobliżu Doliny Kościeliskiej wyruszyli pierwsi ratownicy. W żlebie Małej Świstówki odkryli lawinę. Wszystko wskazywało na to, że zeszła poprzedniego dnia. Tuż po godz. 8 rano ratownicy znaleźli pierwsze ciało, a także plecaki pozostałych grotołazów. Była jeszcze nadzieja, że pozostała trójka żyje.
W rejon lawiniska w żlebie Małej Świstówki śmigłowiec Mi-2 Lotniczego Pogotowia Ratunkowego przetransportował kolejnych ratowników TOPR i leśników TPN. Własnym śmigłowcem dotarli ratownicy słowackiej Horskiej Zachrannej Służby. W sumie na lawinisku pracowało ok. 60 osób z 14 psami lawinowymi. Metr po metrze przy pomocy sond - kilkumetrowych cienkich prętów - przeszukiwali lawinisko szerokie na ponad 50 metrów i długie na blisko kilometr. Po godz. 13 pod śniegiem natrafili na trójkę grotołazów. Wszyscy nie żyli. Ciała były bardzo pokiereszowane, musiały spadać kilkaset metrów.

30.12.2003 - zgubiony szlak na Hali Gąsienicowej
Grupa turystów schodzących z Karbu w kierunku Stawków Gąsienicowych zgubiła szlak i na skróty próbowala dotrzeć do Murowańca. Jednak walka z zapadającym się śniegiem przy krzakach kosówki znacznie ich wymęczył. Zdecydowali się wezwać pomoc. Toprowcy dotarli do turystów na nartach i potem asekurowali ich do szlaku. Cała przygoda zakończyła się szczęśliwie w Murowańcu ok. 19.00.

28.12.2003 - huraganowe wiatry o mało nie doprowadzają do tragedii
Po świętach siła wiatru w Tatrach zaczęła gwałtownie wzrastać, osiągajac w porywach prędkość 144 km/h. 28 grudnia w kierunku Jaskini pod Wantą w Tatrach Zachodnich szła grupa grotołazów. Podczas trawersowania Szarego Żlebu gigantyczny podmuch zepchnął jednego z grotołazów w dół. Przeleciał 20 m i uderzył w półkę skalną łamiąc nogę. Ratownicy TOPR zostali wezwani przez telefon komórkowy. Po udzieleniu pomocy transportowano grotolaza w ekstremalnych warunkach. Cała akcja zakończyła się ok. 21.00. W czasie, kiedy trwała akcja w Tatrach Zachodnich, Centrala TOPR otrzymała kolejne wezwanie. Tym razem od dwójki turystów schodzących ze Świnicy. Chłopak z dziewczyną przy huraganowym wietrze, gęstej mgle zgubili szlak. Udało im się jednak znaleźć słupek graniczny, po podaniu toprowcom jego numeru udało się ustalić, że są na wierzchołku Pośredniej Turni. Ratownicy z Gąsienicowej wyruszyli na Liliowe, by dalej granią dotrzeć do zagubionych. Wicher jednak był tak porywisty, że na Liliowem zdmuchnął ratowników z grani. Każda kolejna próba wyjścia zza grani kończyła się niepowodzeniem. Trzeba było dać za wygraną. Kolejna grupa toprowców próbowała dotrzeć do oczekujących pomocy od strony Przełęczy Świnickiej. Turyści jednak poinformowali przez telefon komórkowy, że wzmagający się wiatr porwał im plecaki i śpiwory i zaczynają się wychładzać. Ratownicy poradzili im, że muszą zacząć schodzić do Doliny Cichej, gdzie siła wiatru jest mniejsza. Ok. godz. 21.40 grupa ratowników z Horskiej Zachrannej Slużby podchodząca od strony Doliny Cichej napotkała zmarzniętych i zmęczonych turystów. Całe zdarzenie miało szczęśliwy finał na przejściu granicznym w Łysej Polanie. Później okazało się, że prędkość wiatru mierzona na Kasprowym Wierchu dochodziła do 216 km/h.

5.12.2003. - Jesienne liczenie kozic
O 6.00 rano po obu stronach Tatr zaczęła się akcja jesiennego liczenia kozic. W Tatry wyruszyło ok. 40 osób w 36 rejonów po polskiej stronie Tatr i odpowiednio więcej po stronie słowackiej. Po naszej stronie naliczono w sumie: 116 sztuk (w lipcu 2003 roku 90 sztuk): w tym 46 kóz, 23 capy, 8 koźląt w wieku do 2 lat oraz 15 sztuk nie rozpoznanych. Po stronie słowackiej zliczono 250 sztuk, w tym: 36 koźląt do jednego roku. po odjęciu kozic, które zliczono dwukrotnie, otrzymano wynik 345 kozic, w tym 54 koźlęta do jednego roku. Wynik ten jest dość optymistyczny, biorąc pod uwagę, że dopiero niedawno ogólna liczba kozic przekroczyła 300. Niestety nie każde z koźląt przetrwa zimę 2003/2004.

22.11.2003 - Przełęcz Pyszniańska w Tatrach zachodnich
Niecały miesiąc później miał miejsce kuriozalny wypadek. Trójka turystów szła od Przełęczy Tomanowej do Przełęczy Pyszniańskiej. Poruszali się z czekanami w rękach, ale bez raków. Nie założyli ich również, kiedy trawersowali stromy, zalodzony żleb w rejonie Kamienistej. Dwóch chłopaków przeszło asekurując się jedynie czekanem. 25-letnia Ola z Sosnowca przechodząc poślizgnęła się i zaczęła pędzić żlebem w dół. Nie pomogły próby hamowania czekanem. Dziewczyna poniosła śmierć w dolnej części żlebu. Ola stała się niepotrzebną ofiarą lenistwa, lub myślenia "inni nie zakładają raków, to ja też nie zakładam". Kolejnym powodem nieszczęścia był prawdopodobnie brak szkolenia w posługiwaniu się rakami i czekanem.

26.10.2003 - Znów Kozi Wierch pokazał zęby
Kolejny dzień, niedziela, był też pechowy, choć nie tak tragiczny. Tym razem 24-letni mieszkaniec Warszawy miał raki, ale nie miał czekana. W górnej części żlebu w południowym zboczu KOziego, turysta zaczepił prawdopodobnie jednym rakiem o drugi i nie mając czym hamować zjechał w dół. Szczęśliwie zatrzymał się kilka metrów powyżej progu skalnego. Ratownicy TOPRu po dowiezieniu śmigłowcem Mi-2 nad brzeg Wielkiego Stawu i dojściu do niego piechotą stwierdzili liczne złamania, ogólne potłuczenia, choć zachował przytomność. Transport turysty odbywał się na noszach francuskich, po wcześniejszym obłożeniu pakietami grzewczymi do Wodzogrzmotów Mickiewicza. W tym przypadku, brakowało czekana i treningu w technice poruszania się w rakach.

25.10.2003 - sobota okazała się tragiczna dla dwóch 22-latków
Brak raków i czekana przyczynił się również do kolejnych dwóch tragedii. Pierwsza z nich miała miejsce na szlaku zejściowym ze Skrajnego Granata. Pod samym wierzchołkiem poślizgnął się i runął w dół 22-letni mieszkaniec Raciborza. Zjechał stromym żlebem, gdzie zalegał zlodowaciały śnieg ok. 600 m, ponosząc śmierć na miejscu. Jeszcze nie zakończył się transport zwłok spod Skrajnego Granata, kiedy do ratowników dotarło zgłoszenie z Kościelca. Jeden z dwóch turystów schodzących z Kościelca, niedaleko Karbu poślizgnął się i zniknął swojemu koledze z oczu. Okazało się, że przeleciał przez dolną cześć zachodniej ściany Kościelca do Doliny Gąsienicowej, ponosząc śmierć na miejscu. Pechowcem okazał się 22-latek z Andrychowa, także nie posiadający ani raków ani czekana.

23.10.2003 - Czarny szlak z Doliny 5 Stawów na Kozi Wierch
21-letni turysta z Warszawy wyszedł ze schroniska w Dolinie 5 Stawów z zamiarem wejścia na szczyt Koziego Wierchu. Szlaki były śliskie i pokryte śniegiem. Turysta nie miał ani raków ani czekana (ups!!). W górnej części szlak trawersuje żleb i tam właśnie doszło do tragedii. Turysta się poślizgnął i zjechał żlebem ok. 200 m, uderzając po drodze o wystające kamienie i głazy. TOPR został zawiadomiony ok. 13.15, jednak ze względu na trudne warunki atmosferyczne nie można było użyć śmigłowca. Ratownicy musili iść piechotą od Wodogrzmotów Mickiwicza, na miejsce dotarli ok. godz. 16.00. Pechowiec był wychłodzony, miał słabą akcję serca, urywany oddech. Lekarz natychmiast przystąpił do akcji reanimacyjnej. Po ok. 2 h turysta był już w karetce reanimacyjnej przy Wodogrzmotach. Niestety trud 22 ratowników poszedł na marne, gdyż nieszczęśnik zmarł w szpitalu po kilkudniastu dniach nie odzyskawszy przytomności. Jak wąska jest granica między życiem i śmiercią? Czasem jest to cena 250 zł wydana na raki.

13.10.2003 - Świnica pochłania kolejną ofiarę
Słoneczna pogoda i znakomita widoczność potrafi uśpić czujność turystów. W dniu, w którym spod Krokwi wystartowały dwa balony korzystajc z korzystnych warunków atmosferycznych, dokonując przelotu nad Tatrami, na czerwonym szlaku ze świnicy na Zawrat doszło do tragedii. Z oblodzonego trawersu Gąsienicowej Turni spadł 42-letni turysta z Legnicy. Po 150 m lotu spadł na skały nad Zadnim Stawem ponosząc śmierć na miejscu. Turysta nie miał ani raków ani czekana. W takich warunkach wyjście bez sprzętu jest błędem, nawet kiedy w dolnych partiach szlaki nie wymagają jego użycia.


Copyright © Piotr Budzyna 1999-2013